ŚWIADECTWA

ŚWIADECTWA – GŁOS NADZIEI

Na imię mam Andrzej, jestem alkoholikiem, urodziłem się w 1957 roku w Gdańsku. Z mojego dzieciństwa pamiętam, że zawsze chciałem służyć Panu Bogu. Byłem ministrantem w naszej parafii. Jednak wszystko się zmieniło, kiedy to wzorem dla mnie stali się moi starsi koledzy, a razem z nimi stanął na mojej drodze alkohol. Konsekwencje tego były następujące: nieskończona szkoła zawodowa, w wojsku zaliczyłem wszelkie kary, porzucanie miejsc pracy. Wszystko przez alkohol! Trzy wyroki leczenia zamkniętego w szpitalu leczenia zamkniętego. Nieświadom swojej choroby alkoholowej dążyłem do przedwczesnej śmierci. 25 lipca 1988 roku z własnej bezsilności wykrzyczałem głośno do drugiej osoby – a był to mój dzielnicowy – że zbrzydło mi to picie alkoholu i żeby zawiózł mnie do szpitala. Zaczęła się dla mnie nowa droga – Nowego Życia w Jezusie Chrystusie. Trafiłem na spotkania AA, zobaczyłem, że nie jestem sam, usłyszałem prawdę o sobie, że to choroba duszy, psychiki i ciała, że czeka mnie ciężka praca, aby wszystko odbudować! Jeśli masz przyjaciela, przyjaciół, odwiedzaj ich często, ponieważ ciernie i zielska zarastają drogę, którą się nie chodzi. Droga tamtego życia, dawnego życia zarosła. Poznałem nową drogę! Na samym początku pomogły mi spotkania rekolekcyjne z ks. Bogdanem – duszpasterzem trzeźwości – który zabrał mnie do Wieżycy, wraz z innymi Aowcami. Tam przy pracy nad Pismem Świętym dowiedziałem się, że to ja muszę się zmienić. Ciężko było na początku, ale nie byłem sam, miałem drugiego człowieka i Pana Boga, który jest jedynym prawdziwym przyjacielem człowieka. On wie o mnie wszystko i nie przestaje mnie kochać. Poprzez spotkania AA, modlitwę i medytację oraz doświadczenia innych w nowym życiu zrozumiałem, że moje drzwi dla Pana Boga były zamknięte. Dotarły do mnie słowa: „Cechy człowieka dobrego to czyste sumienie – miej czyste sumienie, a będziesz miał wesele w domu, pogodę ducha”. Moje drzwi serca otworzyły się w Zakroczymiu, to kolejny etap zdrowienia poprzez spowiedź z całego życia. Dostałem odwagę do mówienia prawdy o sobie! Prawdy mojego Stwórcy – Pana i Boga mojego: „Moje uszy zaczęły słyszeć! Moje oczy zobaczyły drugiego człowieka. W sercu moim zamieszkał Pan Mój i Bóg”.

Wtedy zrozumiałem Modlitwę o Pogodę Ducha:

Boże, użycz mi Pogody Ducha,

abym zgadzał się z tym, czego nie mogę zmienić,

Odwagę, abym zmieniał to, co zmienić mogę

i Mądrość, abym odróżniał jedne sprawy od drugich.

Niech się dzieje wola Twoja, Panie, a nie moja.

Poprzez spotkania AA, rekolekcje, wyjazdy do miejsc świętych: Rzym, Częstochowa, Licheń, Asyż, Wenecja, Poggio Bustone zbierałem doświadczenia i odkryłem coś nowego, tj. Siłę Ducha. Poznałem przyjaciół, nowych kolegów i koleżanki, uporządkowałem moje sprawy wewnętrzne. Dbając o swój wewnętrzny dom, dążę do wypełnienia woli mojego Ojca w niebie. „Nie bezczynność, lecz praca, nie odpoczynek, lecz zbieranie obfitego plonu cierpliwości”. 26 lipca 2020 roku będzie 32. rocznica mojego nowego życia w abstynencji, 32 lata jak nie piję alkoholu. W maju 2020 roku minęły już trzy lata, odkąd nie palę papierosów. Decyzję o rzuceniu podjąłem w Poggio Bustone we Włoszech.

Czytającym moje świadectwo powiem tylko, że jest to wszystko możliwe, że nie jesteś sam/a. Największy dar, jaki człowiek może dać drugiemu człowiekowi, to poświęcić mu swój CZAS. Umieć wysłuchać drugiego, zrozumieć, wejść w niego i powiedzieć, że TY też możesz poprzez spotkania i pracę nad 12 Krokami AA wygrać swoje życie! Dzieląc się tym, co sam dostałem za darmo, DAJ, oddaj drugiemu człowiekowi. Każdego dnia dziękuję Bogu i ludziom dobrej woli, którzy mi pomagali i pomagają na Drodze, która prowadzi ku Niemu i z Nim, Mojemu Stwórcy.

Przez trzydzieści lat żył w urojonym świecie i chociaż wiedział, że alkohol jest jego problemem, tylko w chwilach trzeźwości podejmował leczenie, niestety bezskutecznie. Alkohol staje się przyczyną degradacji społeczno-zawodowej pana Huberta, który pracując na dosyć wysokim stanowisku w Stoczni Północnej, spada do poziomu zwykłego robotnika. W tym czasie zaczyna rozpadać się również rodzina. Żona i dwaj synowie odsuwają się od niego, bracia i siostry pana Huberta nie zapraszają go do siebie, unikają go. Pomimo że z dzieciństwa wyniósł wiarę, pamięta ołtarzyk Matki Boskiej, który ozdabiał kwiatami i do której się często modlił, w okresie swego picia odsuwa się od Kościoła, przez wiele lat nie uczęszcza do spowiedzi i nie przyjmuje komunii świętej. Kiedy pewnego dnia leżąc półprzytomny po alkoholu, słyszy, jak żona mówi do wnuków, które bardzo kocha, żeby nie podchodziły do dziadka, bo jest chory i nie używa słowa „pijany”, wtedy przychodzi przebudzenie. Pan Hubert, jak sam mówi, zaczyna modlić się do Boga, prosząc o trzeźwość, nie chce jednak pomocy ludzi. Przez trzy lata nie pije przez cały Wielki Post, ale w kolejnym roku upija się w Wielki Piątek. Mając 50 lat i dość własnego picia, postanawia złożyć przed obrazem Matki Boskiej Częstochowskiej w swoim kościele przysięgę, że nie będzie więcej pił alkoholu.

W podjętym postanowieniu, wspomina pan Hubert, nie udaje się wytrwać. Wtedy przychodzą mu z pomocą koledzy, „krzaczkowi pijacy”, jak ich nazywa, i mówią o księdzu z tutejszej parafii, który bardzo pomaga ludziom i zajmuje się jakimś ruchem trzeźwościowym; jednak jeszcze przez pół roku pan Hubert próbuje sobie pomóc na własną rękę. Gdy po raz kolejny nie udaje się wytrwać w postanowieniu abstynenckim, pan Hubert będąc niezbyt trzeźwym, wybiera się do kapłana, o którym mówili koledzy od picia. Przychodząc do księdza Bogusława z parafii Najświętszej Marii Panny na Przymorzu, uskarża się, że nikt go nie kocha, i płacze. Monolog trwa dwie i pół godziny, a ksiądz milczy. Kiedy pan Hubert, jak sam dzisiaj mówi, przestaje bełkotać, ten zacny kapłan odzywa się w te słowa: „Przyjdź do mnie w środę, ale z żoną”. O swojej rozmowie z księdzem wspomina żonie Janeczce, która nauczona porażkami podejmowanego dotąd leczenia nie wierzy w mogący nadejść ratunek. Ulega jednak prośbie męża i kiedy oboje stają przed księdzem Bogdanem, ksiądz odprawia żonę do domu, mówiąc: „Jeśli Hubert już przyszedł, to coś z niego będzie”. Wspominając to zdarzenie, pan Hubert mówi, że spotkał wówczas człowieka, który mówił o sobie, o swoim problemie alkoholowym i o tym, jak podniósł się z dna. Po wysłuchaniu tego świadectwa pan Hubert zaczyna uczęszczać na spotkania Maksymiliańskiego Ruchu Trzeźwości, tym bardziej z ochotą, że jego drugie imię to Maksymilian. Krok po kroku pan Hubert dźwiga się z alkoholizmu, uczy się pod opieką księdza żyć w trzeźwości. W maju 1987 roku trafia dzięki ks. Bogdanowi do wspólnoty, zaś w czerwcu do Gdańska przyjeżdża papież, co – jak mówi pan Hubert – jest dla niego dobrym momentem na drodze trzeźwości. Pamięta, że w dniu, w którym Jan Paweł II przyjeżdża do Gdańska, oczekuje Go wraz z innymi na placu, wymachując transparentem: „Ruch Trzeźwości im. św. Maksymiliana Kolbego z Przymorza”. Jest dumny, że przynależy do wspólnoty i nie jest w tłumie sam. Później nadchodzi czas pierwszego uroczystego przyrzeczenia abstynenckiego podczas mszy św. w kościele, które wraz z żoną Janeczką podpisują na rok. Po roku znowu stają przed ołtarzem i składają przysięgę trzeźwości na całe życie, a wraz z nimi jeszcze dwadzieścia cztery osoby. Pan Hubert staje się aktywnym działaczem wspólnoty i razem z żoną zostają animatorami MRT na Przymorzu. Organizują między innymi dni skupienia, letnie obozy dla dzieci z domów z problemem alkoholowym, pielgrzymki do Częstochowy. Mimo że wcześniej jeździł do Częstochowy, nigdy nie stanął przed cudownym obrazem, lecz teraz, kiedy po raz pierwszy jest obecny na Jasnej Górze podczas odsłonięcia obrazu Matki Bożej Częstochowskiej, jego ciało przeszywa dreszcz. W tych pierwszych latach swojej trzeźwości, za namową księdza Bogusława, pan Hubert należy również do Kręgu Małżeńskiego, gdyż trudno mu odnaleźć się w trzeźwej rzeczywistości – przychodząc do domu trzeźwym, chce coraz bardziej angażować się w domowe życie. Dzięki uczestnictwu wraz z żoną w zajęciach Kręgu Małżeńskiego pan Hubert rozumie, czym jest dialog małżeński, odnajduje z żoną wspólny język, odżywa między nimi miłość i zaufanie. Wielkim przeżyciem dla pana Huberta była pielgrzymka do Rzymu zorganizowana przez ks. Bogdana w sierpniu 1988 roku i spotkanie z Janem Pawłem II w Castel Gandolfo. Podczas audiencji, wręczając papieżowi wykonany przez alkoholika różaniec z bursztynu, powiedział: „Ojcze Święty, dzięki Ruchowi Trzeźwości św. Maksymiliana jestem szczęśliwym człowiekiem”, na co papież odpowiedział: „Tak trzymać, bo trzeźwość to siła narodu”. Wspominając tamto spotkanie, pan Hubert jest szczęśliwy, że mógł rozmawiać z Janem Pawłem II, który w maju 2011 roku będzie błogosławiony. Od tamtej pory, podkreśla pan Hubert, daje świadectwa swojego trzeźwienia w różnych kościołach, szczególnie w okresie Wielkiego Postu. Jego zdaniem na msze św. przychodzi dużo osób z różnych środowisk i jeżeli mają kogoś w rodzinie z problemem alkoholowym, łatwiej mogą nakłonić taką osobę do udziału w liturgii. Być może taka osoba przyłączy się w przyszłości do grupy samopomocowej AA. Pan Hubert współpracuje również z ruchem Anonimowych Alkoholików, uczestniczy w kurso-rekolekcjach trzeźwościowych w Zakroczymiu. W kolejnych latach bierze udział w wiosennych i jesiennych sesjach Zespołu Apostolstwa Trzeźwości powołanego przez Konferencję Episkopatu Polski, które odbywają się w Zakroczymiu. W Maksymiliańskim Ruchu Trzeźwości pan Hubert działa wraz z żoną nieprzerwanie od 24 lat, gdyż w nim odnalazł drogę do trzeźwości. Jak mówi: tu dostał swoje drugie życie i jest szczęśliwym człowiekiem.

Dzień, w którym miałam wszystkiego dość, nadszedł w lutym 1987 roku. Poszłam do kościoła, choć nie wiedziałam po co. Zobaczyłam, że jest ksiądz w konfesjonale. Był nim ks. Jerzy Stolczyk. Podeszłam i zaczęłam płakać. Powiedziałam, że mój mąż pije alkohol, córka jest bardzo chora, a ja nie wiem co mam robić. Ks. Jerzy spokojnie powiedział do mnie: „Idź do zakrystii, tam stoi ks. Bogdan, on ci pomoże” i zapukał do kratek konfesjonału. Wstałam i dopiero po chwili dotarło do mnie to, co powiedział ks. Jerzy. Pomyślałam sobie, że na pewno nie pójdę, bo on uczy moją najmłodszą córkę religii – jaki wstyd, no i jest taki młody, co on może wiedzieć o życiu? Jednak poszłam, bo pomyślałam sobie, że jeśli to spowiedź, to idę. Może ks. Bogdana wcale tam nie będzie? Jakie było moje zdumienie – młody ksiądz stał w zakrystii. Zapytał: „Co się, mamo, dzieje?”. A ja już znowu płakałam, mówiąc tylko, że mój mąż pije.

Ks. Bogdan bez zdziwienia powiedział: „Przyjdź w środę na siedemnastą do salki”. W domu postanowiłam, że tam nie pójdę. Minęły dwa tygodnie, jak córka wracając z religii, zapytała mnie: „Co ja takiego zrobiłam, że masz przyjść do księdza?”. Odpowiedziałam, że to kłamstwo, że o niczym nie wiem. Postanowiłam jednak pójść na spotkanie. W salce był ks. Bogdan i kilka osób, mówili o sobie – słuchałam, ale nic z tego nie rozumiałam. Po kilku środowych spotkaniach na MRT znalazłam tam swoje miejsce, gdzie co tydzień ładowałam akumulatory na dalsze zmaganie się z piciem mojego męża. Po kilku miesiącach ks. Bogdan, który był zawsze na spotkaniach, zapowiedział, że w czwartek będzie spotkanie, na którym można będzie się dowiedzieć więcej o tym, jak sobie radzić, gdy ktoś w rodzinie pije alkohol. Na spotkanie przyszły trzy panie w różnym wieku: Hania, Mirka i Jola. Mówiły o programie Al-Anon. Tak się zaczęła moja praca w grupach, nad sobą i odkłamywaniem zmowy milczenia – środa MRT, a w czwartek Al-Anon. Nie było łatwo. Nie raz mówiłam sobie, że już nie pójdę więcej, bo w domu awantury były z tego powodu, że chodzę nie wiadomo po co i gdzie. Po roku uczęszczania na te dwie grupy doświadczyłam, że jestem coś warta przed Bogiem i ludźmi. Wspólnie z księdzem organizowaliśmy wyjazdy rodzinne, które integrowały rodziny z problemem alkoholowym. Były majówki, wyjazdy nad morze, a także organizowane przez ks. Bogdana obozy letnie w Sulęczynie, u pp. Lehmannów. Dzieci uczyły się tam mówienia o tym, co czują. Odbywały się co roku i są organizowane do dziś. Kolejnym krokiem były wyjazdy całych rodzin, na których uczyliśmy się bycia ze sobą w różnych sytuacjach. W czerwcu ks. Bogdan organizował pielgrzymki do Częstochowy, na Jasną Górę, zwiedzając po drodze inne sanktuaria, miejsca święte. Wyjeżdżaliśmy też jesienią, w październiku, zwiedzając miejsca związane z Janem Pawłem II i kard. Wyszyńskim – Prymasem Tysiąclecia. Gdyby nie te pielgrzymki, większość z nas w tych miejscach by nie była.

Największym moim przeżyciem, które pamiętam do dziś, była 19-dniowa pielgrzymka MRT do Rzymu, na spotkanie z Janem Pawłem II. Było to w sierpniu 1988 roku. Przed wyjazdem przygotowywaliśmy się na ten pielgrzymi trud. Ważnym momentem na pielgrzymce było spotkanie naszej grupy z papieżem Janem Pawłem II w Castel Gandolfo, w Jego letniej rezydencji. Miałam to szczęście być razem z Hubertem w delegacji, aby złożyć w imieniu grupy różaniec bursztynowy, jako nasz dar duchowego wsparcia. Czułam się jeszcze długo prawie oszołomiona z tego osobistego spotkania z papieżem. Ucząc się życia na nowo, bardzo pomocne były wyjazdy do Zakroczymia na kurso-rekolekcje prowadzone w Ośrodku Duszpasterstwa Trzeźwości przez oo. kapucynów. W naszej parafii na Przymorzu, w „Okrąglaku”, działały i działają trzy grupy: MRT, grupa Al-Anon i AA. W okresie Wielkiego Postu i w sierpniu, który jest miesiącem trzeźwości i abstynencji, ks. Bogdan organizował po każdej niedzielnej Eucharystii spotkania z naszym udziałem dla osób szukających pomocy. Grupy rozrastały się. Grupa Al-Anon na jakiś czas przeniosła się do Domu Kultury. Pozostałam w kościele w salce, tamta grupa po trzech miesiącach się rozpadła. Cenne były też trzydniowe, weekendowe wyjazdy do Wieżycy, Jastrzębiej Góry, by tam pracować z Pismem Świętym i pogłębiać wiarę. Wszystko to sprawiało, że nabrałam odwagi do mówienia o własnym doświadczeniu wiary, życia z alkoholikiem. Spotykaliśmy się często w swoich domach, spędzając czas na wspólnej modlitwie, rozmowie, ważne, że bez alkoholu. Zupełnie nowym doświadczeniem była zorganizowana zabawa „sylwestrowa”, podczas której bez alkoholu bawiliśmy się do samego rana. Grupy „pączkowały”, było ich coraz więcej, a uczestników łączył jeden cel – trzeźwość!!!

Zorganizowaliśmy 15 sierpnia pieszą pielgrzymkę z Oliwy do Matemblewa, w której brało udział wiele osób (w 2019 roku uczestniczyło w niej ok. 500 osób). Odnajdując się w nowym życiu, nabierałam jeszcze większej odwagi do dzielenia się swoim doświadczeniem, mówiąc swoje świadectwa w kościołach, szkołach, spotkaniach dla kapłanów w diecezji. Nie zabrakło też wywiadów do czasopism katolickich, radia i telewizji. A wszystko to pod czujnym okiem ks. Bogdana. Osobom, które już nabrały odwagi do dzielenia się życiem i zachowującym abstynencję, ks. Bogdan organizował wyjazdy do parafii, nawet poza Gdańsk, aby powstawały tam nowe grupy samopomocowe. Byliśmy zatem w: Kościerzynie, Kartuzach, Rumi, Tczewie, Pruszczu Gdańskim, Pelplinie i w wielu innych miejscach. Odwiedzaliśmy również z modlitwą i świadectwami Seminarium Duchowne w Oliwie. Z klerykami spotykaliśmy się w Adwencie i w Wielkim Poście. W roku 1991 nasi reprezentanci znaleźli się w składzie Gminnej Komisji ds. Rozwiązywania Problemów Alkoholowych. Również i ja znalazłam się w składzie tej komisji. Moją inicjatywą było powołanie nowej poradni odwykowej. Przy wsparciu ks. Bogdana i Sławka Kędzierskiego udało się utworzyć poradnie leczenia uzależnień. Szansę, którą ja dostałam, wykorzystałam jak umiałam. Mam głębokie przekonanie, że moją szansą był i jest ks. Bogdan, którego Bóg postawił na mojej drodze nowego życia. Od 16 lat jestem wdową, mąż swoje ostatnie 11 lat przeżył w abstynencji, umarł trzeźwy. Dzisiaj mając prawie 80 lat, wiem, że jestem jeszcze potrzebna moim dzieciom (5) i wnukom (8) oraz wielu innym osobom. Jestem szczęśliwa, że Bóg dał mi tyle lat, aby zrozumieć, że ważna jest każda chwila dla czynienia dobra. Dziękuję ks. Bogdanowi i innym ludziom, których w życiu spotkałam, którzy pomogli mi na nowo uwierzyć w Boga i ludzi.

Moje zawołanie na dziś to słowa: BOŻE, OJCZE, SKAŁO I OPOKO MOJA – TOBIE ZAUFAŁAM.

Dawno temu, bo w roku 1983, zaczęłam pracę w Poradni Odwykowej na ul. Wałowej w Gdańsku. Mimo że posiadałam specjalizację z psychiatrii, nie miałam w ogóle pojęcia o chorobie alkoholowej. Nie było to nawet przedmiotem egzaminów. Pewnego dnia przyszła do mnie pani dyrektor z wizytą kontrolną. Powiedziała, że to, co robię, to tylko wydawanie Anticolu i że nie o to chodzi. Wysłała mnie wtedy do klubu w Gdyni. To spowodowało zainicjowanie nowej rzeczywistości w leczeniu – spotkań grupowych. Początkowo uzależnieni nie byli tym zainteresowani. Mówili: „Po co nam spotkania grupowe, nam wystarczy spotkanie z panią”. Wtedy wpadłam na pomysł, aby wysłać pewną grupę osób do Zakroczymia, do Ośrodka Apostolstwa Trzeźwości. Kiedy stamtąd wrócili, chcieli spotkań grupowych.

W międzyczasie jedna z moich znajomych powiedziała mi, że jest taki o. Jan Mendelak (SJ), proboszcz w parafii św. Bartłomieja w Gdańsku, gdzie spotykają się uzależnieni ze swoimi rodzinami na modlitwie o trzeźwość. Oczywiście skontaktowałam się z o. Janem. W czasie rozmowy dowiedziałam się, że w diecezji jest Duszpasterz Trzeźwości, którym jest ks. Bogusław Głodowski pracujący w parafii na Przymorzu. Umówiłam się wtedy na spotkanie z nim, ale tak się stało, że ja pojechałam do parafii na Przymorze, a ksiądz pojechał na spotkanie ze mną do poradni na ul. Wałową. W końcu spotkaliśmy się jednak na Przymorzu. Tak rozpoczęła się nasza współpraca na polu trzeźwości w Gdańsku.

Tak to wtedy (w 1983 roku) z ks. Bogdanem zorganizowaliśmy pierwszą oazę dla alkoholików na działce pp. Lehmannów (gmina Sulęczyno). To była niezapomniana oaza: dwoje animatorów, siostra zakonna, każda rodzina w swoim namiocie – coś niesamowitego, niezapomniane chwile. Tak zbieraliśmy doświadczenia w pomaganiu rodzinom, uzdrawianiu relacji rodzinnych, małżeńskich i interpersonalnych. Z czasem powstał Klub Abstynenta na ul. Łąkowej. Wtedy wszystkie działania skupiały się wokół niego. Tam wielu ludzi uczyło się, formowało umysły, były wspólne zabawy i tańce. Powstały grupy i spotkania AA, Al-Anon, Alateen. Wszystko w ramach działalności Klubu Abstynenta. To było takie nasze pierwsze miejsce na ziemi, dla wielu sentymentalne miejsce początku nowego życia. Dzieląc się swoim doświadczeniem, byłam też przez pewien czas Pełnomocnikiem Wojewody Pomorskiego (Macieja Płażyńskiego) ds. Profilaktyki Trzeźwościowej.

Tak działaliśmy wspólnie, organizując różne spotkania z ks. Bogdanem. Dziś to już 35 lat wspólnej pracy i przyjaźni. Każde spotkanie daje możliwość wymiany doświadczeń. Wiele osób z czasów działalności Klubu Abstynenta odnajdywało swoje miejsce w pracy trzeźwościowej w mieście. Stawali się członkami Komisji Rozwiązywania Problemów Alkoholowych w Gdańsku, pracownikami poradni alkoholowej, izby wytrzeźwień itp. Dzisiaj wszyscy pracujący z uzależnionymi mają certyfikaty, ja nie mogłabym dzisiaj pracować z uzależnionymi, bo nie mam certyfikatu z PARPA. Mam za to ogromne doświadczenie.

Obecnie jestem na emeryturze, ale nadal angażuję się w sprawy trzeźwości, między innymi w fundacji „Trzeźwość”, która realizuje projekt „Stop FAS”, czyli żeby kobiety w ciąży nie piły alkoholu. Ciągle jeszcze jestem aktywna, szerząc wiedzę na temat alkoholu, jego szkodliwości i sposobach wyjścia z uzależnienia.

Pani Janina mówiąc o początkach swojej drogi, pamięta dzień w maju 1987 roku, w którym jej mąż Hubert opowiedział o wizycie u księdza i prosił o pomoc w uwolnieniu od nałogu. Pani Janina opowiada, że mąż uprzedził o wizycie księdza, o niedzielnym zaproszeniu obojga na spotkanie, a w środę na spotkanie MRT, pamięta też, że wtedy powiedziała: „Hubert, lekarze ci nie pomogli, a ksiądz ci pomoże…?”. Pilnowała jednak męża, żeby nie był pijany i mówiła: „Musisz iść, bo ksiądz tu przyjdzie”. Pani Janina wspomina, że kiedy w niedzielę po mszy zeszli do salki, ksiądz Bogdan przywitał się z nimi i powiedział: „Nie przejmuj się, jak on tu przyszedł, to wszystko będzie dobrze” i jeszcze dodał: „Dopilnuj, żeby przychodził w środy”, po czym kazał jej iść do domu. Odtąd Pani Janka pilnowała, żeby mąż chodził w środy na spotkania do salki, a nawet sama dołączyła do Maksymiliańskiego Ruchu Trzeźwości, by móc wspierać męża i wspólnie z nim uczyć się życia w trzeźwości. Jej celem była też odbudowa wspólnego życia, toteż uczyła się dialogu małżeńskiego i wspólnego przebywania ze sobą. W chwili składania przysięgi trzeźwości na całe życie ofiarowała swoją trzeźwość za męża i innych ludzi, których dotknął problem alkoholowy. Od tamtej pory wspólnie z mężem pomaga uzależnionym, działając jako animatorka w Ruchu Trzeźwości im. św. Maksymiliana Kolbego przy swojej parafii na Przymorzu i cieszy się, że może wspólnie z mężem dawać innym to, co kiedyś sami otrzymali od Ruchu.

Pani Maria pracuje jako zwykły robotnik w jednym z zakładów pracy w Gdańsku. W tym czasie jedna z pań z sekretariatu proponuje pani Marii, aby zapisała się do Polskiej Partii Robotniczej. Pani Maria odpowiedziała wówczas, że nie może dwóm panom służyć, bo służy już jednemu. Będąc pewnego dnia w biurze, widzi u tej samej pani na biurku pismo „Rycerz Niepokalanej”, to, jakie widziała zaraz po wojnie u siebie w domu. Postanawia je zaprenumerować i kiedy otrzymuje pierwszy numer, dowiaduje się z niego o Maksymiliańskim Ruchu Trzeźwości reaktywowanym przez Episkopat Polski i powstającym przy parafiach. Szukając pomocy dla swojego pijącego syna, idzie z „Rycerzem Niepokalanej” do swojego proboszcza na Przymorzu, świętej pamięci ks. Jana Majdera. Ks. proboszcz stwierdza, że ma u siebie wikarego, który pisał pracę magisterską na ten temat i zajmuje się ludźmi, których dotyka alkoholizm. Kiedy pani Maria spotyka księdza Bogdana w salce, w której ten uczy religii, rozmawia z nim o Ruchu Trzeźwości, o swoim problemie z pijącym synem i o tym, że warto byłoby powołać taki ruch w parafii. Początkowo w salce spotykało się pięć osób, ksiądz Bogdan mówił o chorobie alkoholowej i o tym, jak należy postępować z osobą pijącą, co trzeba robić, aby mieć spokój w domu i pokój w sobie. Oprócz cotygodniowych spotkań ksiądz Bogdan organizował nabożeństwa trzeźwościowe i dopiero podczas tych spotkaniach pani Maria nauczyła się wielu rzeczy. Na początku nie miała odwagi mówić o sobie i problemie z synem, ale kiedy coraz więcej ludzi zaczęło przychodzić i dzielić się swoimi problemami, ona sama nabierała odwagi do mówienia o własnym strapieniu. Kiedy w Wielkim Poście 1985 roku powstaje MRT i ksiądz Bogdan proponuje podpisanie abstynencji tym, którzy w spotkaniach uczestniczą, pani Maria początkowo zastanawia się. O wątpliwościach dotyczących podpisania abstynencji rozmawia z mężem, który nie uczestnicząc w spotkaniach Ruchu, wspiera żonę, sam nie mając problemu z alkoholem. Obydwoje decydują, że razem podejmą abstynencję od alkoholu i wraz z innymi członkami ruchu podpisują dobrowolną abstynencję, ofiarowując ją za swojego syna. Pani Maria pamięta, że po jej podpisaniu w pracy było jej bardzo trudno się odnaleźć, ponieważ wszyscy w tym czasie bardzo pili – począwszy od kierownictwa, a skończywszy na pracujących tam kobietach, jednak trwała w swoim postanowieniu. W tym okresie ksiądz Bogdan przynosił na spotkania dużo ulotek i plakatów na temat alkoholizmu, które pani Maria zabierała i zanosiła do zakładu pracy, rozkładając je w różnych miejscach.

Dla pani Marii wielkim przeżyciem były wyjazdy na pielgrzymki do Częstochowy i do innych sanktuariów. Po każdym takim wyjeździe wracała wzmocniona duchowo. Mówiąc o swojej drodze w MRT, pani Maria pamięta rok 1990, kiedy została sama z synem po śmierci męża Mieczysława, który będąc wielkim miłośnikiem pszczół, zostawił po sobie ule z pszczołami. Dużą pomocą w tym czasie jest dla Marii ksiądz Bogdan, który często z nią rozmawiając, podtrzymuje ją na duchu. Kiedy pani Maria nie wie, jak poradzić sobie z pszczołami, ksiądz mówi do niej: „Mario, dasz sobie radę, jak ci będzie ciężko, to otwieraj ul i wołaj swojego Miecia”.

Pani Maria twierdzi, że swój wewnętrzny pokój zawdzięcza właśnie księdzu Bogdanowi i wspólnocie Maksymiliańskiego Ruchu Trzeźwości. Gdy ksiądz Bogdan przechodzi do Gdańska-Złotej Karczmy, a opiekunem Ruchu zostaje ksiądz Marek Wirkus, pani Maria będąc we wspólnocie, nadal czynnie uczestniczy w jej życiu. Po jednym ze spotkań, podczas którego ksiądz Marek mówi, że warto byłoby zorganizować wypoczynek dla dzieci z rodzin z problemem alkoholowym z parafii, pani Maria organizuje miejsce, w którym dzieci mogą wypoczywać. Tym miejscem jest Rosochatka w Borach Tucholskich. Od tamtej pory przez wiele lat Maksymiliański Ruch Trzeźwości organizuje letnie wyjazdy dla dzieci z rodzin alkoholowych. Przez wiele lat pani Maria bierze udział w pieszych pielgrzymkach trzeźwościowych z Oliwy do Matemblewa. Teraz, kiedy już ze względu na zdrowie nie może chodzić, pani Maria podjeżdża do Matemblewa autobusem, aby być razem ze swoim Ruchem. Dla pani Marii Maksymiliański Ruch Trzeźwości jest sposobem na życie, pomaga żyć pod jednym dachem z pijącym synem.

Księdza Bogdana poznałam jakieś 18 lat temu, kiedy nie byłam jeszcze mężatką. Mój narzeczony Andrzej przedstawił mnie księdzu, a ja nie wiedziałam, jak się w ogóle zachować w takiej sytuacji. Ja księży znałam tylko z kościoła, zza ołtarza, a mój mąż praktycznie wychował się w środowisku obozowym, które prowadził ksiądz Bogdan. W tej wakacyjnej akcji letniej, w tej rodzinnej atmosferze wzrastało rodzeństwo Andrzeja (1979): Iwonka (1978), Marek (1982) i Agnieszka (1985) i oczywiście niezastąpieni dziadkowie Andrzeja: Stefania i Edwin, jak i moi teściowie: Urszula i Andrzej. Była tu wtedy również najmłodsza córka Stefanii i Edwina – Danusia. Rozpoczęło się to wszystko od wakacji w 1983 roku, kiedy ksiądz Bogdan przyjechał tutaj z młodzieżą pierwszy raz.

W czasie narzeczeństwa nie myślałam, aby zwracać się do księdza Bogdana z jakimikolwiek zapytaniami czy też problemami, byłam skupiona na Andrzeju. Ksiądz był świadkiem naszego ślubu, razem z proboszczem mojej rodzinnej parafii w Stężycy, powiedział wtedy kazanie. Okazało się, że wcześniej błogosławił małżeństwa Wiesi i Mariana, Danki i Sławka.

Gdy wyszłam za mąż, zawsze słyszałam od domowników, że ksiądz Bogdan pracuje z osobami uzależnionymi od alkoholu i różnymi innymi trudnymi problemami. Ani ja, ani mój mąż nie mamy takiego problemu, dlatego odkładałam „na bok” rozmowy z księdzem. Długo przypatrywałam się księdzu, temu, co dzieje się na obozie dziecięcym i rodzinnym. Patrzyłam, jak odnosi się do wszystkich np. w pracy z Pismem Świętym, na wspólnej modlitwie, podczas zabawy i nad jeziorem, przy posiłkach oraz na kończącym dzień pogodnym wieczorze, kiedy dzieci mogą się wykazać różnymi talentami.

W spotkania te często włączali się nasi sąsiedzi pp. Stenclowie: dziadkowie Agata i Wojciech, następca na gospodarstwie ich najmłodszy syn Władysław i jego żona Maria, a także ich dzieci: Małgosia, Rysiek, Sabina, Wojciech i Ewa. Obecnie na gospodarstwie jest Wojciech i Karolina z dziećmi: Patrykiem, Marysią, Magdą i Łukaszem. Przychodziła też na msze św. siostra zakonna Maria Leticja – elżbietanka (siostra pana Władysława, Jadwiga, spędza tu wakacje w swoim rodzinnym domu). Od lat 60. XX wieku spędzali tu swoje wakacje również pp. Szydłowscy: Leokadia i Ryszard (nauczyciel). Przyjeżdżali tu, zakochani w krajobrazach sulęczyńskich, aż z Wrocławia, przez wiele lat.

Na niedzielną Eucharystię w naszej „Katedrze” na Lehmannowej polanie zjeżdża się tradycyjnie cała nasza rodzina. Przychodzą także mieszkańcy domków wczasowych, których kilkanaście położonych jest w pobliżu jeziora Lehmannowego (Guścierz Duży), a są to: Renia i Janusz Drążelowie (lipiec 1971 roku),  Wiesław i Alina Kloczkowscy (1974); Edmund i Stanisława Szutowie (1974–1987), Piotr Muszyński (1971), Ewa Muszyńska (1988), Wiesław i Danuta Pawlonkowie (1974), Krzysztof i Hanka Skoczylasowie (1995), Agata, Paweł, Marysia, Helena Grabowscy (1971), Janusz i Iwona Wierzyńscy (2004), Franek i Zyta Kuchtowie (1984), Zbigniew (Wojtek) i Maria Bussowie (1983–2004), Jacek i Agata Bussowie (2004), Janina i Henryk  Grużlewscy (1985), Lidia i Leszek Piątkowscy (1984), Joanna i Janusz  Jędrzejewscy/Kowalscy (1985), Małgorzata i Krzysztof Postrachowie (1986), Adrianna i Andrzej Jelonkowie (1985), Wiesław i Alicja  Szcześniakowie (2007), Jola i Andrzej  Ferniwkowie (1998), Magda i Ryszard Węgrzynowie (1981), Jan i Agata Pawłowscy (2011), Janusz Dymowski (2002), Krzysztof i Dorota Browarkowie (2002), Henryk Chmielecki (2000), Marian i Wiesława Lehmannowie (2000).

Gdy w pewnym momencie mojego życia małżeńskiego, w końcu zdecydowałam się na rozmowę z księdzem i spowiedź, wtedy odkryłam i zrozumiałam, jak wielkiego pozbyłam się ciężaru i bólu, który tkwił we mnie. Ciężko było mi się przełamać i to zrobić, ponieważ ksiądz był na co dzień w naszym domu, był i jest traktowany jako członek rodziny. Od ponad 37 lat nocuje u nas w domu, ma swój pokój, podczas organizowanych obozów dla dorosłych i ich rodzin. Jest obecny prawie przy wszystkich ważnych wydarzeniach naszej rodziny.

Spowiedź u księdza Bogdana dała i wciąż daje mi bardzo dużo pozytywnej energii, spokoju i wytchnienia. Po rozmowie z księdzem zawsze czuję, że mam „naładowane akumulatory” i mogę przenosić góry. Wiem, co powinnam zmienić w swoim życiu i nad czym pracować, aby było jeszcze lepsze, niż jest do tej pory.

Ksiądz Bogdan jest dla mnie jak ojciec, którego potrzebuję. Nauczył mnie bardzo wielu ważnych dla mnie rzeczy: pewności siebie, budowania relacji mąż–żona i tego, jak żyć, aby nie przespać swojego życia. To dzięki księdzu poszłam na studia, mimo że byłam już mamą piątki dzieci: Wiktorii (2005), Aleksandry (2006), Dominika (2008), Stanisława (2011) i Zuzi (2015). Najmłodsze dziecko miało wtedy zaledwie cztery miesiące. Do tego jeszcze dochodziły obowiązki domowe i troska o gospodarstwo rolne wraz z całym inwentarzem. Wiem, że bez pomocy księdza i przyjaciół, którzy zostali postawieni na mojej drodze, nigdy sama nie zdecydowałabym się na taki krok, jak podjęcie studiów!

Jestem przekonana, że dzięki Ojcu jestem na dobrej drodze życia, jestem szczęśliwą żoną i matką. Bardzo kocham mojego męża, dzieci i bliskich. Wiem też, że jeszcze dużo muszę przegadać i zmienić w swoim życiu, aby to moje życie, małżeńskie i rodzinne, było jeszcze lepsze. W tym roku spełnia się jedno z moich marzeń, kończę studia napisaną i obronioną pracą magisterską. Chcę, aby moje dzieci zaszły dalej niż ja.

W rodzinie, w której choć jedna osoba jest uzależniona od alkoholu, strefą martwą są przeżycia, nie występują odczucia, niemożliwe są przeczucia czy też wrażenia związane z alkoholem, jak również sam fakt świadomości picia czy samo upijanie się. Wstyd i lęk staje się nadrzędną wartością, sytuacja wymusza okłamywanie nawet samego siebie, niepokój zaś przed tym, by nie zepsuć więzi pijącego rodzica z dziećmi, zamyka usta dorosłym. Członkowie rodziny wewnętrznie lękają się tego, co będzie, gdy alkoholik przyjdzie pijany, lecz nie rozmawiają o tym. Wstyd zabrania im mówić o tym, co przydarzyło się wczoraj i kto jak czuł się z tym wszystkim. Dzisiaj już wiem, że powinno się zaczynać leczenie właśnie od rodzin, ponieważ to tylko one mogą poprzez zmianę własnego sposobu myślenia wywołać zmiany myślenia alkoholika. I tak było również w moim rodzinnym domu. Moja mama miała te wszystkie objawy osoby współuzależnionej, obawiała się tego, w jakim stanie jej mąż przyjdzie do domu, nigdy nie była pewna, czy będzie trzeźwy czy pijany. Najgorzej bywało, jak była z kimś umówiona, gdy ktoś miał nas odwiedzić w rodzinnym domu, a taty jeszcze nie było na miejscu. Mama chodziła podminowana i całą energię kierowała na rozmyślanie o tacie. Atmosfera, która wtedy panowała, przypominała nadchodzącą burzę albo raczej ciszę przed nieuniknioną burzą. Mama z nami o tym nie rozmawiała, bo przecież o takich problemach się nie rozmawia z nikim, a na pewno nie z dziećmi. W końcu, gdy tata przychodził pijany do domu, pojawiały się awantury, kłótnie, wyzwiska, pretensje, epitety, a ja jako dziecko tego wszystkiego bardzo się bałam. Nie wiedziałam, o co w tym chodzi, modliłam się, by ten koszmar się w końcu skończył.

         W naszej rodzinie również książkowo zamknęliśmy się przed innymi. Nie wywlekaliśmy brudów, a zarazem nie mieliśmy się czym pochwalić, izolowaliśmy się. Funkcjonowaliśmy dobrze jedynie w podobnych rodzinach jak nasza, tam gdzie też był alkohol jako dodatkowy kompan familijny. Z perspektywy czasu dzisiaj rozumiem, że paradoksalnie bardzo często osobiście czułam się winna tej ustawicznej wojny. Bardzo wstydziłam się za tatę. Pamiętam pewną sytuację do tej pory, gdy moja koleżanka ze szkoły podstawowej powiedziała do mnie przy innych koleżankach, że widziała mojego tatę pijanego, jadącego na rowerze. Bardzo się wtedy zawstydziłam. Pamiętam, jak próbowałam usprawiedliwiać tatę, nie wiedziałam, jak mam na tę sytuację zareagować. Pamiętam dodatkowo z tego okresu to, że nigdy nie mogłam zaprosić koleżanek do domu ze względu na wstyd, bo nigdy nie wiedziałam, w jakim stanie przyjdzie tata. Mama z tych samych pobudek nie zgadzała się na zapraszanie żadnych koleżanek do domu. Z reguły bardzo trudno wyjść z takiego zaklętego kręgu i zrobić pierwszy krok, aby sięgnąć po pomoc. To zaś sprzyja pogłębianiu się choroby alkoholowej, jak i dysfunkcji całej rodzinny. I u mnie w rodzinie ta teoria się sprawdzała. Jest takie podstawowe prawo samoświadomości, że aby wyjść po pomoc, najpierw trzeba wiedzieć, że jest się chorym.

         W domu rodzinnym osiągnięcie świadomości trwało bardzo długo. Pierwszą osobą, która w końcu zrobiła krok poza krąg, była moja mama. Ona przecięła tę nić, a raczej linę, którą byliśmy opętani. Poszła po pomoc, odważyła się z tym problemem wyjść na zewnątrz, do ludzi. Przełamała się i uwierzyła, że jest to krok niezbędny w procesie zdrowienia naszej rodziny. Poszukała wspólnoty Al-Anon, gdzie znalazła wsparcie. Wychodziła na spotkania Al-Anon raz w tygodniu. Al-Anon jest wspólnotą członków i przyjaciół ludzi uzależnionych, dzielącą się siłą i nadzieją. Mama zaczęła rozmawiać z nami o problemie uzależnienia w naszej rodzinie, zaczęła nas oswajać z tematem, tym bardziej że wcześniej na ten temat się nie rozmawiało. Wspominała też o tym, że ja jako dziecko również jestem chora, jestem współuzależniona i powinnam szukać pomocy we wspólnocie Dorosłych Dzieci Alkoholików. Oczywiście na samym początku „mowa” mamy do mnie nie przemawiała, zaczęłam się buntować. Jak to ja jestem chora? – pytałam. Przecież to mój tata pije! Gdybym wtedy była skłonna uwierzyć w chorobę, to tylko w niedomaganie mojego taty, ale nigdy moje. W końcu po jakimś czasie zaczęły powoli do mnie docierać sugestie mamy, które mogłam skonfrontować już bez wypierania z moimi osobistymi problemami emocjonalnymi, które w coraz znaczniejszym stopniu zaczęły mi przeszkadzać w życiu. Wybrałam się pierwszy raz na spotkanie wspólnoty „Dorosłych Dzieci Alkoholików”, nawet mi się tam podobało, ale więcej się tam nie pojawiłam. Gdy dzisiaj myślę o ówczesnym czasie, nie jestem w stanie powiedzieć, dlaczego za pierwszym razem to nie zaskoczyło. W tamtym czasie wieloma rzeczami w moim życiu kierował strach, wielu rzeczy nie wiedziałam i się bałam. Moja mama pracując nad sobą, zaczęła wytyczać granice swojemu mężowi, coraz częściej zaczęła mówić „nie”. Przestawała udawać, że w naszym domu jest wszystko w porządku, kiedy trzeba było, podczas awantur wzywała policję, szczególnie wtedy, kiedy tata stawał się agresywny. W późniejszym czasie interwencje policji bywały nawet wtedy, gdy ojciec był bardzo mocno pijany. Policja najczęściej zawoziła go na izbę wytrzeźwień. Dla ojca każdorazowo wiązało się to z kosztami za pobyt w izbie i wpisem do kartoteki. Miało to też, jak się później okazało, inny, wręcz zbawienny skutek. Ojciec bał się podskakiwać i przychodzić do domu w znacznym upojeniu, bo każdorazowo groziło to potencjalnie wywiezieniem na izbę wytrzeźwień, tego wszystkiego mama nauczyła się również na grupie wsparcia, do której nieustannie uczęszczała. Moim zdaniem dzieci alkoholików w dzieciństwie, którego nie miały możliwości przeżyć, oraz później, w życiu dorosłym, żyły i żyją ustawicznie poddawane presji lęków i strachu. Obawa przed robieniem czegoś lub przed nierobieniem czegokolwiek, to uczucie paraliżuje ruchy, zabiera animusz i werwę. Nie pozwala normalnie żyć, funkcjonować, planować przyszłości, realizować planów i zwyczajnie widzieć jakąkolwiek pozytywną przyszłość dla siebie. Osobiście odczuwałam taki rodzaj niewymiernego i nienazwanego lęku. Odkryłam w swoim życiu coś, co pozwoliło mi się zmienić i zerwać z duchami przeszłości. Coś, co pozwoliło zmienić całe moje życie osobiste, zerwać z tłamszącym i niesprecyzowanym lękiem i permanentnym poczuciem winy za wszystko. Wszystko odmieniło się, gdy usłyszałam podczas jednego z kazań papieża Jana Pawła II słowa: „Nie lękajcie się” (Mt 17, 7). Mają one dla mnie wymiar szczególny, są bardzo ważne głównie dlatego, że w moim życiu uczucie lęku, większego i mniejszego, towarzyszyło mi od zawsze. Trudno dzisiaj mi sprecyzować, jak wielu rzeczy się lękałam, myślę, że wszystkiego po trochu. Bałam się rozmów z ludźmi, nowego towarzystwa, bałam się podejmować decyzje, bałam się wystąpień publicznych, po prostu bałam się… wszystkiego. Koniec końców, u kresu wytrzymałości, zaczęłam szukać pomocy, mając w sercu powyższe słowa. Zanim zorientowałam się, co mi jest, upłynęło trochę czasu. Na pozór wszystko grało, wychowałam się w normalnej rodzinie, niczego nam w życiu nie brakowało. Tato dobrze zarabiał, stać nas było na wiele rzeczy, często wyjeżdżaliśmy całą rodziną poza miasto na wypoczynek. Moi rodzice byli bardzo towarzyscy, lubili spotykać się ze znajomymi i właśnie w takich okolicznościach często pojawiał się alkohol, kolejny kompan do towarzystwa. Alkohol był zawsze z nami, każde spotkanie było w jego towarzystwie. W tym okresie mojego życia nie mogłam się połapać, że coś jest nie tak, bo była to integralna część mojego własnego życia. Dopiero jako osoba pełnoletnia zorientowałam się, że w dorosłym życiu jest coś nie tak, nie radzę sobie z pewnymi sytuacjami, nieodpowiednio reaguję na innych i dopiero wtedy zaczęłam szukać pomocy. Mogłam przejrzeć na oczy dopiero, kiedy sama zauważyłam problemy we własnym życiu i kiedy w rozpaczy przyznałam się sama przed sobą, że nie poradzę sobie dalej w pojedynkę. Tak naprawdę dopiero wtedy mogłam zacząć kolejny etap życia, czas zdrowienia. Udałam się na terapię DDA i tam okazało się, że jestem Dorosłym Dzieckiem Alkoholika i jeśli chcę sobie i swojej rodzinie pomóc, to muszę zrobić coś ze samą sobą. Byłam już mężatką i matką dwójki córek, na terapii powoli zaczęłam odkrywać przyczyny swych różnych dziwnych zachowań, tam usłyszałam, że jest to jak najbardziej normalne zachowanie dzieci z rodzin dysfunkcyjnych. Wychowując się przez tyle lat w rodzinie, w której alkohol był jednym z głównych atrybutów, nic dziwnego, że nie radzę sobie z wieloma problemami, nie potrafię naprawdę być ani matką, ani żoną, ani współpracownikiem i w wielu rolach życiowych nie potrafiłam się odnaleźć. To był bardzo trudny etap, naznaczony licznymi upadkami, wylanymi litrami łez, poczuciem bezsensowności wszystkich dokonywanych prac i działań. Dzisiaj już wiem, że droga, na którą wtedy w akcie desperacji wstąpiłam, usłana kamieniami i naznaczona licznymi wybojami, była jedyną drogą i możliwością, by spróbować naprawdę zmierzyć się z wszystkimi lękami, które mną targały, i podjąć próbę zerwania z tą wstrętną dla mnie matnią. To była w perspektywie i według mojej opinii jedyna droga, jaka pozwoliła mi wrócić do normalnego życia i funkcjonowania w społeczeństwie, bez chronicznego poczucia winy i ustawicznego obwiniania się o wszystko. Terapia nie usunęła wszystkich problemów jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, pozwoliła mi jednak zobaczyć, nazwać i nauczyć się rozpoznawać chore emocje i związki pomiędzy ich odczuwaniem a moim codziennym funkcjonowaniem. Nie daje ona całkowitego uzdrowienia, problemy pozostają i pozostaną chyba do końca. Dużym zwrotem w moim życiu było wstąpienie do katolickiej wspólnoty, pod nazwą Domowy Kościół. Tam zaczęłam poznawać Kościół z innej perspektywy, tam też odnalazłam sens małżeństwa, rodziny, a zarazem sens swojego istnienia. Właśnie w tej wspólnocie dowiedziałam się o istnieniu Krucjaty Wyzwolenia Człowieka (KWC). Krucjata Wyzwolenia Człowieka to dobrowolne zobowiązanie się do niepicia napojów alkoholowych. Jest to post, wyrzeczenie się rzeczy, która sama w sobie nie jest zła. Post ten ofiarujemy za tych, którzy mają problemy z alkoholem. A niestety takich osób w Polsce jest dużo. Poczułam w sercu, że gdybym zapisała się do KWC, mogłabym zrobić dobry uczynek dla mojego Taty. Na samym początku nie byłam na to gotowa, za mało we mnie było wiary. Krucjatę Wyzwolenia Trzeźwości podpisałam po roku przynależności do Domowego Kościoła i trwam w niej do tej pory. Na samym początku podpisałam krucjatę na rok. Po roku podjęłam decyzję o podpisaniu kolejnej deklaracji, ale już do końca trwania krucjaty, czyli do tej pory, aż w Polsce nie będzie osób uzależnionych. Tak naprawdę nigdy nie będzie takich osób, które będą wolne od tego uzależnienia. Dlatego decydując się na podpisanie takiej krucjaty, wiedziałam, że jest to deklaracja do końca życia. Z biegiem czasu sukcesywnie trwałam w temacie trzeźwościowym, brałam udział w terapiach, zajęciach i warsztatach. Jakiś czas później na mojej drodze pojawił się kapłan, który jest diecezjalnym kapelanem odpowiedzialnym za duszpasterstwo trzeźwości. Był nim ksiądz Bogdan Głodowski. Mogłam z nim przerobić wiele spraw, których do tej pory nie ruszałam, a były moją olbrzymią przeszkodą w życiu. Owe sprawy i ich naprawianie doprowadziły do tego, że zaczęłam się zmieniać, po prostu zdrowieć. Jako osoba wierząca uznałam autorytet kapłana w sprawach trzeźwości i wychodzenia z traumy alkoholowej. Kapłan-Ojciec zastąpił mi mojego biologicznego ojca. Mogłam z nim porozmawiać o takich sprawach, które powinnam wyjaśniać z własnym tatą. Tak naprawdę dopiero przy ks. Bogdanie uzyskałam całą prawdę na temat swojej osoby, otworzyłam się na tę prawdę. Ksiądz stał się moim, a w późniejszym etapie także mojego męża i dzieci, stałym spowiednikiem oraz kierownikiem duchowym. Ksiądz-Ojciec zna nas lepiej niż my sami nawzajem. Otrzymałam wielki dar, prezent od Pana Boga, w postaci tego Ojca Duchownego. Dzięki Niemu zaczęłam nowe życie, a w naszej rodzinie zaczęła się nowa jakość życia. Nie zawsze zgadzałam się ze zdaniem księdza, szczególnie na samym początku naszych spotkań. Utwierdził mnie jednak w wyborze trzeźwego życia, dzięki niemu zrozumiałam wagę konsekwentnie wprowadzanych zmian w życiu i to, że jest to naprawdę możliwe. Dzisiaj ksiądz nadal jest w moim życiu i życiu mojej rodziny. Pełni bardzo ważną rolę w naszej rodzinie, jest przede wszystkim spowiednikiem, kierownikiem duchowym, jest autorytetem w podejmowaniu wielu decyzji. Jeśli mam problem z czymkolwiek, już się nie zastanawiam, nie noszę tego w sobie, po prostu zwracam się do księdza, pytam, nieważne, że przecież wczoraj o to pytałam. Jeśli mam wątpliwość, to pytam do skutku, aż mam pokój w duszy, w sercu. Ksiądz zawsze ma czas, cierpliwość na wysłuchanie nawet czasami kilkakrotnie tych samych kwestii, nigdy nie dał odczuć, że to nie wypada, że to nie na miejscu pytać w kółko o ten sam problem. To jest niesamowite, KOCHAM księdza za to i nie tylko za to. A przede wszystkim za to, że JEST. Księdza Bogdana porównuję do Pana Jezusa. Tak jak Pan Jezus wziął na krzyż wszystkie nasze grzechy, tak samo robi ksiądz, bierze na przysłowiową „klatę” wszystkie moje bolączki, moje śmieci, to, co mnie uwiera, to, co „gnije” we mnie i ja to mogę zrzucić na księdza, On na to pozwala, to jest cudowne, ksiądz jest fantastyczny. Nigdy nie usłyszałam złego słowa od księdza na temat innej osoby. Gdy miałam jakiś problem i żaliłam się na cokolwiek, zawsze znajdował dobre wytłumaczenie, wystarczyło jedno słowo z ust księdza.

Dzięki księdzu poszłam na studia, to On mnie namówił. Jestem dozgonnie wdzięczna księdzu Bogdanowi za tę decyzję. Nie umiem wyrazić tego, co czuję, to jest moje wielkie osiągnięcie, wielka łaska, którą otrzymałam tak za darmo od Pana. Dzięki skończonym studiom uwierzyłam we własne możliwości. Skończyłam studia pedagogiczne z wynikiem bardzo dobrym, czyli na najlepszą ocenę. Kiedyś bym nawet nie pomyślała, że mogę pójść na studia… Ja i studia, to nie pasowało, choć miałam w sercu wielkie pragnienie, aby kiedyś się tam znaleźć. Ksiądz namawiał mnie na studia pedagogiczne, a ja mówiłam na to: „Jakie studia pedagogiczne? Nie, nie… to niemożliwe!”. Owszem, zgodziłabym się na jakiś ścisły kierunek, np. ekonomię, bo to mnie zawsze pociągało, ale pedagogika? Nigdy! A okazało się, że studia pedagogiczne dały mi wiarę w siebie, okazało się, że po ukończeniu studiów jestem nauczycielką nauczania początkowego. Jestem z siebie dumna, ale duża w tym zasługa księdza, bo to On mnie w tym umacniał.

Kultura trzeźwości to rzeczywistość, jaką dzisiaj żyję, dzięki której mogę zmieniać własne życie. To prawdziwa przestrzeń mojej wolności, gdzie sama osobiście przeżywam swoją drogę. Gdzie umiem świadomie odrzucać niepotrzebne, chore emocje i dokonywać wyborów, które mają być korzystne przede wszystkim dla mnie i mojej rodziny. Dzięki zmianie myślenia mogłam sama zmieniać siebie i mogła się zmieniać wraz ze mną cała rodzina. Styl mojego nowego życia zaczął mi się podobać, imponuje mi nowymi odkryciami, stał się moją pasją, żyję pełnią życia. Używając pewnego powiedzenia, mogę stwierdzić: nadal się wspinam i choć do szczytu jeszcze droga daleka i wyboista, nie zamierzam przestawać ani zejść ze słusznie obranej drogi.

Od 18 lat jestem w szczęśliwym związku małżeńskim z Sylwią. Patrząc wstecz, chcę podkreślić, że aby móc pisać o tym, że moje małżeństwo jest szczęśliwe, potrzebne było wiele trudnych doświadczeń w naszym małżeństwie, przez które musieliśmy przejść razem, przetrwać wspólnie trudne chwile, pokonywać własne słabości i chować wzajemne urazy. Najważniejszą rzeczą, swoistym wyznacznikiem naszych dążeń było to, że wspólnie poszukiwaliśmy skutecznych dróg wyjścia czy też sposobów na to, aby rozwijać wzajemne relacje, budować wzajemny szacunek i tworzyć podwaliny pod partnerskie zaufanie, które procentuje do dziś. Moja żona jest córką alkoholika. Gdy ją poznałem, nie była o tym jeszcze w pełni uświadomiona. Walczyła z własnymi zmorami chorych emocji, próbując zmagać się z nimi samodzielnie i bez pomocy zewnętrznej, co się jej udawało z różnym skutkiem. Sam w tamtym czasie nie miałem absolutnie żadnej wiedzy na temat problemów osób z rodzin dotkniętych chorobą alkoholową. Problemy emocjonalne żony były oczywiście obecne w naszym małżeństwie od początku, nieświadomość skali problemów z tym związanych pozwalała myśleć, że tak po prostu jest i w relacjach małżeńskich jest to jakaś „normalność”. Moi rodzice nie mają problemów alkoholowych, na pewno jednak również u mnie w rodzinie alkohol był obecny przy wszelkich imprezach rodzinnych. Wydawało się to wtedy całkiem normalne i oczywiste. Po pewnym czasie moja żona, wspierana przez mamę, zaczęła szukać pomocy związanej z problemami współuzależnienia alkoholowego i powiązanych z tym problemów emocjonalnych. Mama żony od kilku lat chodziła na grupę wsparcia Al-Anon i leczyła się ze swojego współuzależnienia. Gdy żona zaczęła terapię, nasze małżeństwo weszło na trudną drogę próby. Nastroje małżonki były zmienne, ja sam nie do końca rozumiałem, co się dzieje. Nasze relacje bywały napięte. Trwało to jakiś czas. Żona konsekwentnie zmieniała swoje życie, wtedy ja postanowiłem dowiedzieć się czegoś o tych sprawach. Dopiero wtedy poznałem skalę problemów, z jakimi musiała się zmagać moja żona. Zróżnicowanie kłopotów emocjonalnych okazało się tak złożone i wielopoziomowe, że do dziś pamiętam zaskoczenie, jakie mi towarzyszyło, gdy to poznawałem. Po kilku latach pracy w grupie z lepszym lub gorszym skutkiem żona trafiła do grupy, nad którą czuwał ksiądz Bogdan Głodowski. Dzisiaj wiem, że to był prawdziwy przełom w trudnym procesie leczenia emocji mojej żony. Dopiero terapia teoretyczna połączona z pogłębionym rozwojem duchowym przyniosła powrót do równowagi emocjonalnej, której tak oczekiwaliśmy. Moja żona odbudowała poczucie własnej wartości, zaczęła realizować niespełnione marzenia i żyć wolnością wyborów. Gdy kilka lat temu postanowiliśmy, że będziemy chodzić wspólnie z naszymi córkami, jako cała rodzina, do spowiedzi do jednego kapłana jako wspólnego spowiednika, kierownika duchowego, nasza rodzina na dobre weszła na drogę leczenia własnych emocji. Sam już wcześniej zauważyłem, że nigdy nie byłem wolny od trudnych problemów emocjonalnych, ale nigdy wcześniej nie zdawałem sobie sprawy z ich istnienia.

Dzisiaj naszego małżeństwa nie omijają trudne chwile, problemy, kłótnie, ale towarzyszy nam stale perspektywa comiesięcznej wspólnej spowiedzi i tego, że wszystko, co jest między nami nie tak, może zostać przedstawione w konfesjonale, gdzie kapłan jest przedstawicielem Chrystusa, Naszego Zbawiciela, w co głęboko wierzymy. Ta właśnie wiara pozwala nam wspólnie trwać i zmagać się z życiem. Choć problemy nas nie omijają, dzisiaj rozwiązujemy je wspólnie, a jak nie potrafimy sobie z nimi poradzić, zawsze możemy skorzystać z rady naszego spowiednika. Muszę też napisać, że możemy do niego dzwonić praktycznie o każdej godzinie. Dla mnie, osoby wierzącej, pewne jest, że być człowiekiem wolnym, spełnionym i szczęśliwym, co podkreślam jeszcze raz, nie oznacza życia bez wad i problemów.

Jestem dzisiaj bardzo szczęśliwą osobą – kobietą i matką. Jednak jeszcze kilkanaście lat temu nie powiedziałabym tego o sobie. Pochodzę z małego miasteczka w północnej Polsce. Tam przyszłam na świat i tam dorastałam jako druga dziewczynka. Mam czworo rodzeństwa: dwie siostry – jedną dwa lata starszą ode mnie, drugą młodszą i dwóch młodszych braci. W domu odkąd pamiętam, zawsze był alkohol. Tata uczył w szkole i dorabiał, grając na weselach i zabawach, z których zawsze wracał pijany, także po wypłacie. Mama nigdy nie pracowała, zajmując się domem i nami. Jak sięgam pamięcią, mama była ciągle zajęta piciem taty, pilnowaniem, czy wróci trzeźwy, czy pijany i tym, żeby w domu było wszystko w porządku, to znaczy, abyśmy my byli ubrani i najedzeni, żebyśmy się dobrze uczyli i jeszcze jedno bardzo ważne – żebyśmy byli grzeczni, bo jak mówiła: „Wystarczy jej problemów z tatą”. Mama robiła wszystko, żeby ludzie widzieli, że u nas wszystko jest w porządku, bo to małe miasteczko i liczył się wygląd zewnętrzny, „jak cię widzą, tak cię piszą”, bo to wstyd. Reszta się nie liczyła. Pamiętam siebie jako małą dziewczynkę, kiedy ze starszą siostrą i mamą wyczekiwałyśmy na tatę, czy wróci trzeźwy, czy pijany, a mama żaliła się nam na swoje życie: że nie była kochana przez swoją mamę, na picie taty, na to że wszystko musi sama robić. Moja siostra potrafiła zająć się czymś innym, a ja, żeby mamie nie robić przykrości, bo już i tak miała bardzo ciężkie życie, stałam, słuchając mamy i czekając na tatę czasem późno wieczorem. Zawsze jako dziecko starałam się robić wszystko tak, aby mama była zadowolona. Chciałam nie sprawiać swoją osobą kłopotów mamie. Wszystko, co przeżywałam, radości i problemy, chowałam głęboko w sercu i udawałam, że jest dobrze. Moja siostra potrafiła się buntować, wykrzyczeć, co ją boli, a ja nie, żeby nie dodawać jeszcze więcej problemów mamie. Pamiętam, że już w tym czasie zamykałam się w swoim wymyślonym świecie fantazji, masturbacji, bo to sprawiało, że czułam się dobrze chociaż na chwilę. Później był strach, że ktoś mnie nakryje i będą problemy, będzie wstyd i sprawię mamie ból. Nie miałam koleżanek, więc bawiłam się z siostrą i jej koleżankami i kolegą z sąsiedztwa i robiłam wszystko, co oni mi kazali, bojąc się stracić ich „przyjaźń”. Pamiętam z dzieciństwa, że kolega namówił mnie do zabawy w doktora i bardzo mnie skrzywdził. Byłam z nim sama, bałam się o tym też powiedzieć mamie, bo ciągle słyszałam, że ma dość już takiego życia i zakopałam to znowu głęboko w swoim sercu, ale wstyd pozostał. Pamiętam również, że siostra często namawiała mnie do różnych rzeczy, np. żebym weszła do bagna i zaczęłam się topić. Oberwałam wtedy od rodziców, że jestem taka „sierota”. Kiedy tata przychodził pijany, mama robiła mu straszne wymówki i wtedy dochodziło do awantur, krzyków, wyzywania mamy, rzucania talerzami, a ja się tego strasznie bałam i płakałam, uciekałam do pokoju, bojąc się o mamę, że tata skrzywdzi mamę. Później wszystko cichło do kolejnego napicia się taty. W takich momentach uciekałam w masturbację. Jedną z takich awantur zapamiętałam szczególnie, kiedy musiałyśmy w nocy uciekać z domu, bo tata gonił mamę i nas z siekierą i krzyczał, że nas i siebie pozabija. Wtedy byłam już trochę starsza, ale się strasznie bałam, gdy uciekałyśmy na posterunek milicji po pomoc, ja i moje dwie siostry, bo było już nas troje, a mama została za nami. Tak strasznie się wtedy bałam, że tata zabije mamę.

Z dzieciństwa zapamiętałam też, że mama w tych trudnych chwilach modliła się, zawsze nas brała do kościoła, który mieliśmy niedaleko i razem z nami modliła się o to, aby tata przestał pić. Kiedy miałam 10 lat urodził się mój brat, później najmłodszy z rodzeństwa i była nas piątka. Młodszym rodzeństwem opiekowałyśmy się ja ze starszą siostrą. Siebie pamiętam jako bardzo zamkniętą, nieśmiałą i wystraszoną osobę, niemającą swojego zdania ani w domu, ani w szkole czy wśród rówieśników. Zawsze robiłam wszystko, żeby inni mnie zaakceptowali. W domu uchodziłam za fajtłapę, „sierotę”. Wszystkiego się bardzo bałam, nawet zwierząt: psów, kur, indyków i innych, również tych najmniejszych stworzeń. Z tego powodu rodzeństwo się ze mnie naśmiewało i to mnie bardzo bolało. Mamie nie mogłam powiedzieć, bo była zajęta piciem taty i tym, żeby w domu wszystko grało, żebyśmy mieli co jeść, byli ubrani, grzeczni i się uczyli. Nie chciałam jej sprawiać problemów swoją osobą i tym, z czym sobie nie radziłam, czego się bałam. I znowu zakopywałam to wszystko głęboko w sercu, ten ogromny strach, wstyd, poczucie samotności, lęk o mamę. Pozostawało w mojej głowie marzenie, że kiedyś będzie lepiej. Z tamtych lat, kiedy miałam 10–11 lat, pamiętam wypadek taty na motorze, długie leczenie, brak pieniędzy i to, że z mamą modliłyśmy się o zdrowie taty. Wtedy też myślałam, że coś się zmieni w domu, że tata przestanie pić, ale się tak nie stało, a ja dalej nie mogłam mamie mówić o tym, co czuję, o moim panicznym strachu i wstydzie, który był we mnie. Tak bardzo tęskniłam za takimi rozmowami, ale mama nie miała czasu, bo zajęta była domem i pilnowaniem taty, jego piciem i robieniem mu później wymówek, z których wychodziły potworne awantury, których bardzo się bałam. Nie potrafiła ze mną rozmawiać o moich problemach, radościach i smutkach, tylko o piciu taty, nie potrafiła przytulić do siebie. Tata, choć starał się nam zapewnić byt materialny, też nie potrafił przytulić, wziąć na kolana i powiedzieć mi, że jestem kochaną córeczką, a tego mi brakowało ze strony mamy, jak i taty, aby się czuć chcianą i kochaną. Dorastając w takiej atmosferze, stawałam się coraz bardziej zamknięta w sobie, nieśmiała i z niskim poczuciem wartości. Dalej uciekałam w świat fantazji i masturbacji, bo tam czułam się bezpieczna, chociaż na krótką chwilę. O tych problemach nie mówiłam nawet na spowiedzi, bo się wstydziłam i się bałam. Jako dorastająca dziewczyna szukałam akceptacji i miłości u innych, poza domem rodzinnym, wśród rówieśników. Cały czas uczyłam się dobrze, ale w III klasie szkoły średniej zaczęłam wagarować z koleżanką i jej chłopakiem, palić papierosy, bo oni mnie akceptowali taką nieśmiałą, z nimi czułam się dobrze. Wagarując, zawaliłam szkołę. Bardzo się tego wystraszyłam, bałam się powiedzieć w domu, bałam się potwornej awantury, jakie widziałam, nie chciałam robić kłopotu swoją osobą. Wzięłam więc garść tabletek, aby skończyć ze sobą, by inni nie mieli ze mną problemów, ale tylko spałam 24 godziny i pozostał ogromny wstyd, bo w domu nikt nawet nie zauważył, że ja coś takiego zrobiłam i dalej nie wiedziałam, co zrobić z tą zawaloną szkołą. Rodzice się później dowiedzieli, byli bardzo źli, ale przenieśli mnie do innej szkoły, z internatem, którą ukończyłam z wynikiem bardzo dobrym. Nadal byłam jednak samotna, pełna strachu i do tego opuszczona. Cały czas w głębi serca powtarzałam sobie, że nie stworzę takiego domu, jaki miałam, że nie będę taka jak moja mama.

Po szkole wyjechałam daleko do pracy, aby być z dala od domu, ale z poczuciem swojej niskiej wartości, z ogromnym strachem, brakiem odwagi i nieśmiałością w sobie. Pojechałam szukać tak naprawdę prawdziwej miłości i akceptacji. Wiedziałam, że aby być kochaną, trzeba dawać siebie, więc oddawałam całą siebie, szukając w chłopakach tak naprawdę miłości, akceptacji, bezpieczeństwa, przytulenia się do kogoś, bo za tym tęskniłam i o tym marzyłam całe życie. Mając 23 lata, wyjechałam do pracy w sanatorium jako pielęgniarka. Miałam jedno marzenie: założyć szczęśliwą rodzinę, nie taką, w której wyrosłam. Tam poznałam swojego męża i byłam szczęśliwa, że mnie wybrał. Nie zwracałam uwagi na to, że nadużywał alkoholu, zaszłam w ciążę i się pobraliśmy. Jak się później okazało, mój mąż pochodził z takiej samej rodziny jak ja. Zamieszkaliśmy u teściów, którzy handlowali alkoholem. W domu teść rządził, wszystko musiało być tak, jak on chciał, były imprezy z alkoholem, po których były awantury. Ja, cicha i zamknięta w sobie, z ogromnym strachem, robiłam wszystko tak, jak mi teściowie kazali, nie miałam własnego zdania. Zaszłam w drugą ciążę, kiedy syn miał roczek. Cieszyłam się, ale pod presją rodziny męża i ze strachu usunęłam ciążę, bardzo to przeżywając, ale wtedy strach przed odrzuceniem był ważniejszy niż dziecko. To było dla mnie coś strasznego. Mąż coraz więcej pił, po pięciu latach urodził się drugi syn, a ja nieśmiała, bojąca się wszystkiego żyłam tak dalej. Po siedmiu latach dostaliśmy swoje mieszkanie i wtedy myślałam, że jak się wyprowadzimy od rodziny i kolegów, to mąż przestanie pić, zmieni się. Ale on znalazł nowych kolegów i pił coraz więcej, a ja, jak moja mama, robiłam wymówki, kiedy przychodził pijany i były zawsze straszne awantury, po których uciekałam z domu z dziećmi. Tam, gdzie się przeprowadziłam, była mała dzielnica, wszyscy wszystkich znali i wszystko wiedzieli, a ja się tak bardzo wstydziłam picia męża i tych awantur, że unikałam ludzi i znów uciekałam w masturbację. Pamiętam, że pewnego razu zaczepiła mnie przy bloku pani z opieki społecznej i powiedziała, że wie, że mój mąż pije i żebym poszła na grupę dla rodzin, w których ktoś pije, a która jest tu niedaleko, w szkole. Wtedy myślałam, że spalę się ze wstydu i szybko uciekłam. W dzielnicy był ksiądz Bogdan, który w tym czasie był tu proboszczem, ale był także duszpasterzem trzeźwości i zajmował się rodzinami z problemem alkoholowym. Kiedy przychodził do nas na kolędę, mąż miał zawsze wypite, a ja kłamałam, że wszystko jest w porządku i dzieciom zabraniałam mówić, co się dzieje w domu. Kiedy ksiądz pytał, czy u nas wszystko w porządku, było mi tak strasznie wstyd, że mam takiego męża, bo co sobie ksiądz o mnie jako żonie pomyśli.

Tak żyłam przez 12 lat z coraz bardziej pijącym mężem. Nie umiałam żyć. Wiosną 1996 roku, po kolejnej awanturze męża, trafiłam do ks. Bogdana. Pamiętam, były wtedy rekolekcje w naszej parafii i w kościele. Mimo że było już późno, to jeszcze się je odprawiało. Uciekając z domu z dziećmi, stanęłam na ulicy i nie wiedziałam, co robić, tak bardzo się bałam. Przypomniało mi się wtedy z dzieciństwa, jak mama modliła się z nami w takich właśnie momentach i uciekłam do kościoła, tam szukając pomocy. Zobaczyłam księdza w konfesjonale, więc dzieciom kazałam siedzieć na ławeczce w kościele, a ja z ogromnym płaczem, bólem i wstydem poszłam do spowiedzi do księdza Bogdana, wyrzucając z siebie, że mój mąż pije. Ksiądz po rozmowie ze mną pokierował mnie na grupę Al-Anon dla rodzin, na którą uczęszczam już 16 lat. Początki mojej przemiany były bardzo trudne, ale łatwiej mi było uczyć się konsekwencji w stosunku pijącego męża, stawiania mu granic, wzywania policji niż w stosunku do dzieci i siebie samej. Wiem, że w tych pierwszych latach pomogły mi bardzo wyjazdy do Sulęczyna organizowane przez księdza Bogdana dla rodzin z problemem alkoholowym, na „wakacje z Bogiem”, praca z Pismem Świętym, na które jeżdżę nieprzerwanie do tej pory. Przez pierwsze lata jeździłam z synami, później z młodszym, a teraz jeżdżę sama. Po dwóch latach chodzenia na grupę mój mąż zmarł. Zostałam sama z dorastającymi synami. Myślałam, że teraz będzie łatwiej, bez pijącego męża i awantur, ale ja nadal nie umiałam żyć i było mi z samą sobą źle. Nie umiałam też wychowywać synów, chciałam im wynagrodzić te wszystkie lata z pijącym mężem. Zaczęłam robić wszystko za nich, dawać pieniądze na wyjazdy, nieważne czy to były wyjazdy z kościoła czy ze szkoły. Zapożyczałam się i zadłużałam, żeby tylko synom było dobrze, pozwalałam na wiele rzeczy. Starszy syn, mimo że wcześniej bardzo dobrze się uczył i miał świadectwa z czerwonym paskiem, w średniej szkole przestał się uczyć. Młodszy z kolei zdał maturę, ale co chwila zmieniał kierunek studiów. Nie radziłam sobie z dziećmi, bałam się, że jeżeli zacznę od nich wymagać, to ich stracę, a ciągle słyszałam na grupie i od księdza, że aby ich kochać, muszę też zacząć od nich wymagać. Chodząc na grupę, wyjeżdżając do Sulęczyna na „wakacje z Bogiem”, długo walczyłam z samą z sobą, ze swoimi emocjami, wstydem, strachem. Bałam się, że stracę przyjaciół z grupy, księdza, który pomógł mi, kierując na grupę, u którego się cały czas spowiadałam. Chociaż miałam zaufanie do księdza, nie do końca chciałam wszystko o sobie wyjawić, bo bałam się oceny, było mi ogromnie wstyd. Bałam się stracić jedynej osoby, która podała mi rękę i pomogła mi w tych trudnych chwilach. Moje spowiedzi przez te wszystkie lata były nieważne. Chociaż na zewnątrz stawałam się już inna po tych paru latach chodzenia na grupę, bardziej odważna, to bałam się powiedzieć o najgorszych i wstydliwych rzeczach nawet na spowiedzi. Dalej miałam w sobie niepokój, ogromny ból, strach. Była też wielka zazdrość, że inne osoby później przyszły na grupę i lepiej sobie radzą ode mnie. To tak mnie bolało, że z płaczem poprosiłam znowu o pomoc księdza. Zrozumiałam, że muszę być naprawdę szczera, chociaż to bardzo bolało, bardzo się wstydziłam, co ksiądz o mnie sobie pomyśli. Musiałam wyznać wszystko z dzieciństwa, młodości, dorosłości, to, co skrywałam wstydliwe, bolesne, zakopane i zapomniane w mojej duszy – wszystko to, co strasznego, wstydliwego mi się przydarzyło, co bardzo mocno bolało. Powoli zaczęłam robić szczery i odważny rachunek sumienia z przeszłości. Pomógł mi w tym ks. Bogdan, do którego tylko miałam zaufanie. Z wielkim bólem i płaczem w rozmowie, spowiedzi. Musiało ich być bardzo wiele. Wielu rozmów wymagało wypowiedzenie tego wszystkiego głośno przed drugim człowiekiem, przed księdzem, któremu naprawdę zaufałam i przy którym czułam się bezpiecznie. W końcu uporządkowałam swoją przeszłość, czułam się spokojna i lekka jak nigdy w życiu, bo już nie skrywałam tych najgorszych rzeczy. Oddałam je na spowiedzi i w rozmowie Panu Jezusowi przez księdza, któremu ufałam, już nie byłam z tym sama. Powoli zaczęłam uczyć się poznawać swoje uczucia i emocje, nazywać je po imieniu, pokonałam ogromny strach i wstyd, było wiele płaczu, uczyłam się swojej kobiecości. Chociaż byłam pielęgniarką, wstydziłam się przyznać, co to znaczy być kobietą fizycznie i psychicznie, co to znaczy być kobietą w pełnym znaczeniu, odważną, konsekwentną, kochającą i akceptującą siebie, aby później dawać miłość innym. Nauczyłam się miłości cierpliwej, konsekwentnej, wymagając od siebie, dzieci i innych, stając się powoli coraz bardziej radosna i szczęśliwa. Pamiętam, jak musiałam powiedzieć mojemu starszemu synowi, żeby się wyprowadził, bo chciał, aby u nas spała jakaś dziewczyna. Ja na to nie pozwoliłam, bo wiedziałam, że spać może u mnie dopiero z żoną. To zdarzyło się przed samym Bożym Narodzeniem. Było to dla mnie bardzo trudne, bo młodszy syn się buntował i krzyczał, że wyrzucam brata. Choć kazałam mu się wyprowadzić, jeśli nie akceptuje pewnych zasad w domu, powiedziałam, że go kocham i drzwi są zawsze dla niego otwarte. Dzięki temu, że już umiałam wyrażać to, co mi się podoba, a co nie, dzięki stanowczości, ale także mówieniu, że kocham i akceptowaniu wyborów moich dzieci, one wiedziały, że wymagam i nie żartuję, ale mogą żyć po swojemu z własnej pracy. Uczę się cały czas zaufania do innych ludzi, bo to jest dla mnie najtrudniejsze. Powoli zaczęłam odkrywać swoje talenty i pasje, realizować marzenia, ale to wszystko szło bardzo wolno. Ukończyłam studia teologiczne, zmieniłam zawód – uczę dzieci religii, angażuję się w pracę społeczną dla dzieci, uczę się gry na gitarze, uczę się żyć normalnie i odpowiedzialnie, żyć w prawdzie ze samą sobą, drugim człowiekiem i Bogiem, uczę się zaufania do innych. Dzisiaj wiem, że potrzebna jest mi grupa i drugi człowiek, czyli stały spowiednik, ojciec duchowy na drodze mojej przemiany, bo sama grupa i terapia nie wystarczą, żeby zmienić życie. Dzisiaj wiem, że chcę wygrać swoje życie, a nie je stracić. Dzisiaj też wiem, że jeżeli ja się zmieniam, to zmienia się moja rodzina, moje dzieci. Dziś wiem, że powieliłam wszystkie zachowania mojej mamy. Chcąc, żeby synowie nie popełnili moich błędów, muszę się zmieniać. Moi synowie to widzą i mówią mi o tym. Cieszą się, że nie mają już mamy ciągle wystraszonej, niemającej swojego zdania. Patrząc na mnie, oni też się uczą, jak żyć. Moi synowie są dorośli, ale wiem, że miłość konsekwentna i odpowiedzialna, której się uczyłam i cały czas się uczę, pomogła mi ich wychować na odpowiedzialnych, wspaniałych mężczyzn.

Mając 51 lat, narodziłam się na nowo do życia, odnalazłam Boga – ojca, który mnie kocha i zawsze kochał, tylko ja nie umiałam go prawdziwie kochać, mimo że się modliłam. Dzisiaj cały czas uczęszczam na grupę, dużo się modlę i chodzę do kościoła. Regularnie udaję się do spowiedzi i wciąż często pytam i rozmawiam o tym, co jeszcze mnie boli lub gdy nie rozumiem mojego spowiednika i ojca duchownego, bo sama nic nie mogę zrobić. Przekonałam się o tym i to strasznie bolało. Wiem, że potrzebny jest drugi człowiek w wędrówce przez życie. Dzisiaj też wiem, jacy powinni być tata i mama, aby dzieci były w rodzinie szczęśliwe i nie powielały błędów rodziców i to mogę przekazać moim dzieciom, które założyły już swoje rodziny.

Mam 26 lat i przeżywam swój drugi rok kapłaństwa. Moja droga do święceń nie była jakaś nadzwyczajna. Skończyłem liceum, złożyłem papiery do seminarium. Byłem ministrantem, należałem do wspólnoty młodzieżowej, w miarę dobrze się uczyłem, miałem różne talenty, m.in. muzyczne. Mimo to pochodziłem z rozbitej rodziny. Mój tata rozwiódł się z mamą. Wyprowadził się. Mieliśmy z nim kontakt, ale w zasadzie interesowały go jedynie pieniądze. W seminarium wszystko układało się dobrze właściwie do połowy czwartego roku. Wtedy zaczął się mój kryzys seminaryjny. Był on związany z różnymi rzeczami. Byłem już w pewien sposób zmęczony seminarium, mocno rozczarowałem się sobą i tym, co się działo wokół mnie. Brakowało mi odwagi i pewności siebie. Bałem się odpowiedzialności i tego, czy dam radę. Wydawało mi się, że to nie moja droga i Pan Bóg nie daje mi w żaden sposób znaków potwierdzających moje powołanie. Brak ojca w rodzinie spowodował lęk o przyszłość…

         Na szczęście akurat wtedy dwóch kleryków, w tym jeden z mojego roku, zaczęło starania o to, by w seminarium utworzyć grupę dla kleryków właśnie z takich rozbitych rodzin. Wspomniany kleryk, mój rocznikowy, zaczął mnie namawiać do uczestnictwa. Sam uczestniczył już wtedy w kilku spotkaniach DDA (Dorosłych Dzieci Alkoholików), widział, jak na niego to działa i walczył o powstanie grupy o podobnym charakterze w seminarium. Po kilku tygodniach namówił mnie na spotkanie.

         Okazało się, że jest więcej takich osób jak ja. Treści, które pojawiały się na spotkaniach, zaczęły uświadamiać mi, jaki wpływ miała na mnie sytuacja rozpadu mojej rodziny. Spotkania dały mi bardzo wiele. Stałem się o wiele odważniejszy, m.in. w mówieniu. Nauczyłem się odróżniać emocje, nie bać się tego, co się we mnie dzieje. Nazywać swoje uczucia. Nie bać się o nich mówić. Przestałem bać się przyszłości i własnych błędów. Spotkania sprawiły, że zaczęliśmy budować prawdziwe relacje i mocne więzi. W niedługim czasie okazało się, że ponad połowa mojego roku pochodzi z rozbitych rodzin. Przez ponad trzy lata żyliśmy w pewnym zakłamaniu o sobie samych. Grupa dała mi siłę do pracy nad sobą. Uczestnictwo w niej sprawiło też, że zacząłem wychodzić ze swojego kryzysu.

         Dzisiaj w mojej posłudze kapłańskiej bardzo wiele czerpię z tamtego doświadczenia. Przede wszystkim nie boję się już mówić o swoich problemach i trudnościach. Potrafię dostrzegać i zrozumieć młodzież pochodzącą z trudnych rodzin. Nauczyłem się odróżniać reakcje organizmu, emocje, które na niego wpływają. Przestałem bać się ludzi. Nie boję się rozmawiać z innymi na moje tematy. Nie byłbym tym, kim jestem, gdyby nie te spotkania w seminarium, gdyby nie grupa.

Na grupę wsparcia DDA w seminarium chodzę trzy lata. W mojej rodzinie problem z alkoholem miała mama. Pamiętam, że gdy trafiłem na grupę, byłem wewnętrznie rozwalony. Świadomość własnej wartości, akceptacja siebie, wyrażanie tego, co się czuje i co jest dla mnie ważne, czy też umiejętność radzenia sobie z trudnościami – o tym nie było w ogóle mowy. Przez dotychczasowe życie nauczyłem się jedynie, jak przetrwać i jak zasługiwać na uwagę. Na grupie krok po kroku mierzyłem się i dalej mierzę z kolejnymi sferami mego życia, które wymagają uzdrowienia. Bardzo ważnym było to oddramatyzowanie i pozwolenie sobie na przeżycie wypływających na wierzch ran, co mogło nastąpić dzięki atmosferze wzajemnego zaufania i wsparcia kapłana, jak i całej grupy. Po trzech latach, przy pomocy Bożej i całej grupy, jestem innym człowiekiem. Przemiana trwa nadal, a dotyczy tak wielu sfer i rzeczy, że nie sposób opisać. Czuję tę wewnętrzną wolność i siłę, jestem mocniejszy i pewniejszy siebie, doceniam to, czego doświadczyłem w życiu. Daje to sposobność do bycia lepszym człowiekiem i ogromną lekcję pokory. Zaufałem i oddaję się w tym wszystkim Bogu Ojcu, z którym relacja pozwala mi bardzo świadomie patrzeć na kapłaństwo jako służbę konkretnym ludziom, może jak ja dotkniętym niegdyś problemem alkoholizmu w rodzinie, których będę mógł po prostu zrozumieć i w Chrystusie nieść im nadzieję na przemianę ich życia.

Mimo wielu trudności, także w seminarium, nie poddaję się. Właśnie tego uczy mnie grupa: aby dostrzegać dobro, aby cieszyć się sukcesami i nawet drobnymi radościami, aby przebaczać i prosić o przebaczenie, aby nie zamykać się, a mówić i dzielić się sobą i zobaczyć człowieka, nie tylko czubek swego nosa. Po prostu cieszę się z tego, że jestem, że są ludzie, którzy mnie poznali i trzymamy sztamę, a relacje z rodziną, rodzicami i znajomymi zmieniły się ogromnie. Przez modlitwę i sukcesywne rozmowy z kierownikiem duchowym, o tym, co dla nas ważne, przemieniają się moi bliscy. Rodzina, rodzice wracają do Boga, a mama nie tylko widzi problem, ale z nim walczy. Za to wszystko chwała Panu w Duchu Świętym!

To, że mój tata pił, pamiętam od zawsze. Na spotkaniach rodzinnych, z sąsiadami upijał się, zawsze była okazja. Mieszkaliśmy przez pierwsze siedem lat mojego dzieciństwa w mieście. Tata wracał z pracy pijany. Często szukałyśmy go z siostrami po barach, prowadziłyśmy do domu. Kiedy wracał, prosiłyśmy mamę, żeby nie „zaczynała”, żeby nic nie mówiła. Mama nie wytrzymywała. Później to już tylko uciekałyśmy z domu albo chowałyśmy się w komórce na strychu. Kiedy tata chciał mamę bić, płakałyśmy, błagałyśmy, dostawałyśmy też same w przepychankach. Był też nóż, tata straszył, że się zabije, wyzywał mamę i nas od najgorszych. Modliłam się, żeby tata umarł. Zawsze bałam się, że jak coś się stanie z mamą, to będziemy musiały z nim mieszkać. Później wyprowadziliśmy się na wieś. Tam była mała szkoła, wszyscy sąsiedzi nas szybko poznali, bo tato stamtąd pochodził. A zwyczaj na wsi był taki, że każda załatwiona sprawa, każde podziękowanie to był alkohol. Ludzie na wsi dużo sobie pomagali, więc tata często wracał pijany. U nas w domu też nierzadko piło się alkohol. Mama zawsze była zdenerwowana. Musiałyśmy dużo pracować, pomagać mamie w gospodarstwie jak taty nie było, bo pił na wiosce albo był już pijany i spał. Ale nie chodziło o pracę. Robiłyśmy z siostrami wszystko, żeby nie było kłótni, stałyśmy „na baczność” jak coś trzeba było zrobić, żeby tylko tata nie musiał nam przypominać. A przy tym mama, która krzyczała, wyzywała nas od leni, gówniarzy i jeszcze gorzej. Zawsze jak wracałam ze szkoły, bałam się tego, że tata będzie pijany, że będzie kłótnia. Pani dyrektor szkoły, do której chodziłyśmy z siostrami, pytała ze śmiechem, czy ojciec znowu się napił. Uczyłam się dobrze. Wszystkie moje siostry raczej uczyły się dobrze. Tylko jedna siostra radziła sobie dużo słabiej. Kiedy dojeżdżałam do miasta do liceum, przez wszystkie pięć lat codziennie z rana przed szkołą chodziłam do kościoła. Pomagało mi to. Czułam, że jest mi to potrzebne. Moje wszystkie siostry do szkoły wyjeżdżały dalej, tak żeby rzadziej do domu przyjeżdżać. Kiedy byłam jedyna ze wsi w swojej klasie, wtedy czułam się bardzo wyśmiewana. Dziś wiem, że to nie był problem wsi. Wiem, że byłam zakompleksiona. Zawsze chciałam schudnąć. Byłam cicha, nic nie mówiłam. Na lekcjach bałam się zapytać, jak czegoś nie rozumiałam. A przy kartkówkach i sprawdzianach zapominałam wszystkiego, czego się uczyłam. Zawsze bardzo patrzyłam na innych, porównywałam się z koleżankami, jakie są ładne, uśmiechnięte, wszyscy je lubią. A kiedy z kimś bardziej się dogadywałam, szybko mówiłam o swoim domu. Robiłam z siebie sierotkę; że wszystkie moje niepowodzenia to dlatego, że byłam taka biedna. Bardzo zazdrościłam kolorowych długopisów, ładnych zeszytów, nawet jogurtu, który koleżanka jadła. A gdy mamie mówiłam, że potrzebuję na zeszyt, to była awantura, że zawsze na coś potrzebuję. Więc nigdy nie miałam odwagi poprosić nawet o jogurt.

Mojego chłopaka poznałam na dyskotece. Mimo że zawsze mówiłam, że nie będę miała chłopaka z dyskoteki, bo to są wszyscy pijacy, bardzo dobrze się z nim bawiłam. Jednak duża różnica wieku (pięć lat) sprawiła, że przez pierwszy długi okres byłam niechętna, żeby się spotykać, żeby też do mnie dzwonił. Ja miałam wtedy 17 lat. Jednak Darek przysyłał mi kartki z wierszami napisanymi przez siebie, przyjeżdżał do mnie rowerem niespodziewanie. Zaczęło mi się to podobać. Kiedy zapytał, czy chcę zostać jego dziewczyną, zarumieniłam się, wystraszyłam i powiedziałam, że możemy spróbować. Później bardzo dobrze się czułam przy Darku. Był uśmiechnięty, obdarowywał mnie małymi upominkami, przywoził mi często piękne kwiaty, również mojej mamie. Bez okazji. Siostry mi go zazdrościły. Ja jednak poznając Darka towarzystwo, zaczęłam powoli się od nich odsuwać i próbować też Darka od nich odsunąć. Było to towarzystwo, które często imprezowało. Alkohol, jazda samochodem. Chyba już wtedy się bałam, żeby Darek nie był taki jak tato. To ja po raz pierwszy zapytałam mojego chłopaka, czy mnie kocha. Chciałam to bardzo usłyszeć. Podobało mi się to, że za każdym razem, jak Darek wyjeżdżał ode mnie do domu, to modliliśmy się.

Wyjechałam na studia, bardzo daleko. Widzieliśmy się raz na miesiąc. Dzwoniliśmy do siebie często, po kilka razy dziennie, płakałam w telefon, mówiłam o wszystkich niepowodzeniach. Było mi bardzo trudno. Studia były ciężkie, ale radziłam sobie. Tu również szukałam przyjaciół, którym zwierzałam się z mojej historii. Płakałam przed każdym kolokwium. Zaczęliśmy myśleć z Darkiem o ślubie, o tym że chcemy stworzyć rodzinę, razem z Panem Bogiem. Darek po trzech latach przyjechał do mnie. Wzięliśmy ślub i zamieszkaliśmy razem. Pan Bóg był w naszym życiu, modliliśmy się codziennie. A mój niepokój o rodziców cały czas trwał. Kiedy dzwoniłam do domu, a było to codziennie, nawet kilka razy, próbowałam podsłuchać mamy nastrój. Kiedy rozmawiałam z tatą, praktycznie zawsze było podpity, pijany. Bałam się rozmawiać. Po takiej rozmowie nie mogłam funkcjonować, uczyć się. Płakałam w poduszkę, później w rękaw mojemu mężowi. Po roku pojawiła się na świecie nasza córka Weronika. Byłam jeszcze na studiach. Mąż zarabiał, ja jeszcze na uczelni. Rodzice nam praktycznie już finansowo po ślubie nie pomagali. Kiedy córka zaczęła chorować, pojawiał się strach, panika. Nie mogłam funkcjonować. Kiedy przyszły problemy finansowe, było jeszcze gorzej. Bałam się wszelkich decyzji. Mężowi, kiedy chciał zmienić pracę, kładłam do głowy, że może będzie jeszcze gorzej. Zaczęły się pierwsze kłótnie. Mój mąż zawsze był cierpliwy, spokojny, wesoły. Uśmiech zaczął znikać. Przyszedł trud dnia codziennego, a w domu żona, która o wszystko miała pretensje. Oczekiwałam rozwiązań od mojego męża, nic mi nie odpowiadało. Jednak w każdej ciężkiej sytuacji też był Bóg. Dziś myśląc o tym, wiem, że te trudne sytuacje też zbliżały nas do siebie. Więcej rozmawialiśmy ze sobą. Zaczęłam pracować. Chciałam w pracy udowodnić, że jestem dobra w tym, co robię. Dałam sobie na głowę nałożyć tyle, że musiałam pracować w domu. Myślałam, że musiałam. Odbijało się to na tym, że nie było czasu dla rodziny. Z mężem kłótnie były coraz częściej. Próbowaliśmy szukać rozwiązań. Będąc we wspólnocie kościelnej, jeździliśmy na rekolekcje, szukaliśmy rozwiązań w wielu sferach naszego życia, próbowaliśmy po trochu wszystkiego. Niestety emocje brały górę. Wieczne moje pretensje, brak rozwiązań, aby żyło się „lepiej”, chęć zapewnienia bezpieczeństwa wprowadzały niepokój i powodowały kłótnie. Mój mąż już nie potrafił mi pomóc, nic mi się nie podobało. Byliśmy coraz dalej od siebie. Pojawiła się druga córka w momencie, kiedy miałam otrzymać awans zawodowy, którego ostatecznie nie dostałam, bo poszłam na urlop. Spowodowało to też strach przed zbliżeniem do mojego męża. Często krzyczałam, płakałam. W pracy „dobre koleżanki” również wiedziały o moich problemach. Ale w pracy byłam wesołą osobą, duszą towarzystwa. Kiedy po raz kolejny wydarzyło się coś, co mi uświadomiło moją bezsilność, to że sobie nie radzę z moimi emocjami, niedługo po tym usłyszałam od znajomych, że źródłem może być dom, z którego pochodzę. Nie zapomnę nigdy sytuacji, kiedy krzyczałam na moją córkę, która miała około 4–5 lat. Stała naprzeciwko mnie z wielkimi oczyma i patrzyła ze strachem i łzami. Pamiętam, kiedy z ogromnym napięciem krzyczałam: „Dlaczego po raz kolejny to zrobiłaś, czy nic nie rozumiesz? Ile razy mam powtarzać?”. I zobaczyłam w moim dziecku mnie samą z dzieciństwa, w sobie samej – moją mamę. To było straszne. I niestety, niełatwo to zmienić, zatrzymać te emocje. Poszłam do spowiedzi do księdza, o którym usłyszałam, że może mi pomóc. Cały czas nie myślałam o problemie alkoholowym. Przy spowiedzi powiedziałam o wszystkim, co miałam w głowie. Poszłam na spotkanie Al-Anon i usłyszałam o moim domu. Płakałam bardzo długo i przez następne kilka tygodni. Zaczęłam mówić o moim życiu, o tym jak się czuję. Usłyszałam, że muszę mówić, że tylko wtedy to ze mnie wyjdzie. Wiedziałam też, że mogę dzwonić do księdza, przyjeżdżać do spowiedzi, jak tylko będę źle się czuła, będę wściekła, ale też i zadowolona. Rolę spowiednika odkryłam, kiedy zauważyłam, że im więcej mówię o tym, co się w mojej przeszłości wydarzyło, uspokajam się. Czułam się bezpiecznie, pewnie też dlatego, że rozmawiałam z księdzem. A mówiłam, bo już nie miałam własnych rozwiązań na „mój przypadek”. Wiedziałam też, że mogę się o wszystko pytać. Najpierw potrzebowałam powiedzieć, nawet kilka razy, o konkretnych sytuacjach z mojego dzieciństwa, które wracają do dziś i o których jeszcze mówię. Później zadawałam pytania, jak mam sobie radzić. Jak mam radzić z zachowaniami, które wyniosłam z mojego domu. Jak zatrzymać złość. Usłyszałam: „Weź różaniec do ręki i módl się”, „Przestań gadać”. A przy dzieciach, kiedy byłam na nie zła: „Połóż się i bądź smutna”. Powoli zaczęło wychodzić. Kiedy bałam się, byłam zła, wciskałam sobie w usta słowa: „Zdrowaś Maryjo, łaski pełna…”, tak żeby przestać myśleć. Kiedy z dziećmi nie dawałam sobie rady, pokazywanie, że jestem smutna też zaczęło skutkować – była cisza, przytulanie. Przez ostanie cztery lata, kiedy słucham tego, co mówią na spotkaniu Al-Anon, przychodzą chwile spokoju i chwile złości, gdy już wiem, że mam zamknąć się w pokoju. Wiem, że mogę powiedzieć o wszystkim mojemu spowiednikowi. Jest dla mnie aniołem danym od Boga, moim Ojcem, jakiego chciałabym mieć od dzieciństwa. Trudno mi uwierzyć w to, że można mieć Ojca, któremu można wszystko powiedzieć. Cieszę się, że potrafiłam również mówić o tym, co mi się nie podoba, co usłyszałam od księdza. Czułam się wolna. Nic nie ukrywałam. Mówiłam prawdę. I to cały czas się dzieje. Wiem, że nic nie muszę. Ale też wiem, że kiedy zaprę się samej siebie i spróbuję odnaleźć się w nowej sytuacji, ze spokojem, to odczuwam radość. Nawet w takich prostych rzeczach jak zabawa z dziećmi. Mam wiele obowiązków po pracy i wydaje mi się, że muszę to zrobić. A ja słyszę, żebym dała czas dzieciom, więc uczę się z nimi bawić, śmiać się. I tak jest we wszystkim. To tak, jakbym czuła, że ktoś za mną stoi i prowadzi mnie w te nowe zdarzenia. Nie dlatego nowe, że wydarzają się po raz pierwszy, ale dlatego, że czuję się bezpieczniej, że słyszę, że tak ma być, że tak właśnie jest normalnie. No właśnie, czy w moim małżeństwie było normalnie? Dziś już wiem, że było tak jak umieliśmy, jak wzięliśmy z domu. Usłyszałam też od spowiednika, że nie mogę o tym mówić, że to było złe. Po prostu nie umiałam inaczej. Kiedy z mężem poszliśmy porozmawiać z księdzem o naszym życiu, to Łaska Boska pozwoliła, że zaczęliśmy mówić o tym, z czym sobie nie radzimy. Nasze kłótnie, nasza organizacja dnia codziennego, nasze rozmowy, ustalenia, pieniądze. Wszystko. Było bardzo trudno. To, co było wyuczone przez około dziewięć lat, trzeba było uporządkować, a nieraz przewrócić do góry nogami. Uczyliśmy się roli żony, męża, matki, ojca i nadal się uczymy. Dzięki temu, że przystępowaliśmy z mężem do spowiedzi w tym samym czasie i u tego samego spowiednika, zawsze pozwalało nam to na powolne odkrywanie naszych błędów, układanie w porządek i uczenie się normalnych relacji między mężczyzną i kobietą. Nie było to łatwe. A pomagały i pomagają m.in. słowa-klucze, tzn. kiedy ja jestem wściekła na mojego męża – on do mnie mówi słowo-klucz, np. księżyc. Przy naszych dzieciach, kiedy jedno mówił coś, co drugiemu się nie podobało, też było używane słowo-klucz, żeby powstrzymać niepotrzebne słowa.

Ważne było ustalenie planu dnia. Aby każdy wiedział, co, kto i kiedy ma coś zrobić, np. kto odbiera dzieci w piątek, a kto we wtorek, albo że jedziemy jutro po buty dla córki. No i też to, że np. jutro możemy tylko wydać 100 zł, żeby nam starczyło do końca miesiąca. Te ustalenia cały czas trwają. Nieustanna nauka, a konsekwencja w tym jest bardzo ważna. Niejednokrotnie wydawało mi się, że coś już jest nasze, że coś opanowaliśmy, ale to było tylko złudzenie. Za jakiś czas pojawiała się „bomba” i byliśmy na początku naszej drogi.

Po czterech latach pracy na grupie i ze spowiednikiem wiem, że nic nie jest na zawsze. Trzeba każdego dnia się modlić, aby nauczyć się tej prawdziwej miłości, odpowiedzialności, aby mieć spokój, aby nie zapomnieć o tym, skąd pochodzę i gdzie byłam kilka lat temu. Nie dlatego, by trzymać tę gorycz, bo emocje się uspokajają, kiedy „wywala się” z siebie coś, co nas gryzie, tyle razy, ile trzeba. Kiedy na grupę przychodzą osoby po raz pierwszy, widzę, jak było ze mną. Już wiem, jak można pięknie żyć, tęsknić za mężem, cieszyć się dziećmi. Zależy to tylko ode mnie, od tego, czy ja będę chciała. Oczywiście przychodzą chwile trudne lub takie, kiedy wydaje się, że chyba jest dobrze. Ale właśnie wtedy trzeba pamiętać o tym, gdzie się było kilka lat wcześniej. I już nie czekać dłużej na to, żeby szukać pomocy, żeby coś zmienić. I tego też sobie życzę.

Jestem dorosłym dzieckiem alkoholika (DDA). Walkę o swoje życie zaczęłam pięć lat temu. Jakość mojego życia i sytuacja, w jakiej tkwiłam, tak mi doskwierała, że nie widziałam żadnego sensu istnienia. Wydawało mi się, że żyję w jakimś zawieszeniu. Na karku nieformalny związek, nie za bardzo szczęśliwy. Decyzje, których nie umiałam podjąć, całkowity brak planu i poczucie, że wszystko jest nie na moje siły i nie tak, jak powinno. Zaraz po skończeniu I stopnia studiów postanowiłam wyprowadzić się do innego miasta, do chłopaka, którego ledwo znałam. Cieszyłam się, że wreszcie ucieknę z tego domu pełnego dni ciszy bądź kłótni, w którym żyło się od afery do afery, każdy robił, co chciał i nikt się nikim za bardzo nie przejmował. Pasowało mi to, że zacznę życie na swój rachunek i byłam święcie przekonana, że stworzę związek i rodzinę dużo lepszą niż moi rodzice. Z początku wszystko było nowe i ekscytujące, radziłam sobie całkiem nieźle, byłam zaradna, szybko znalazłam pracę i dorabiałam na boku, w zasadzie ciężko harowałam, ale jako młoda kobieta byłam pełna energii i entuzjazmu. Po krótkim czasie przeniosłam się z chłopakiem do mojego rodzinnego miasta. W związku już od początku układało mi się różnie, ale przymykałam na to oko, bo i tak zdawało mi się to lepsze niż tkwienie w domu rodzinnym. Poza tym wreszcie byłam z kimś, tak jak wszyscy wokół tego oczekiwali. Z rodzicami nie kontaktowałam się prawie wcale, całkowicie odcięłam emocje związane z nimi i uważałam, że te relacje tylko przysparzają mi zmartwień. Żyłam pracą, spotkaniami ze znajomymi, wyjazdami do rodziny chłopaka, a lata mijały. Coraz częściej w moim związku pojawiały się poważne awantury, zamrożona w uczuciach i ich okazywaniu, wielu rzeczy się czepiałam i szukałam dziury w całym. Bolało mnie to, że nasza relacja w związku nie jest taka jak powinna, taka jak bym chciała, ale nie wiedziałam, jak to zmienić i nie chciałam tego skończyć. Niejednokrotnie mój partner chciał nawiązać do zaręczyn, a ja uciekałam (bałam się) od tych rozmów, będąc przekonana, że mi jest dobrze, tak jak jest i nie potrzebuję nic zmieniać. Obecnie wiem, że nie chciałam podejmować żadnych poważnych decyzji, bojąc się konsekwencji i sytuacji bez możliwości ucieczki. Po pewnym czasie jednak przyjęłam zaręczyny nie do końca przekona, że tego chcę, przyjmując, że taka jest kolej rzeczy. Wiedziałam tylko, że skoro się zgodziłam, to mam określony czas na podjęcie decyzji o ślubie i wtedy to już nie ma zmiłuj, będę musiała zadecydować. Uznałam, że mam około roku. Po ponad roku od zaręczyn „darłam koty” z narzeczonym już prawie o każdą „pierdołę”, szukałam argumentów i powodów, żeby odejść, ale ciągle nie umiałam.

Był to czas, kiedy jakoś trochę nawiązałam kontakt z moją mamą i raz usłyszałam od niej słowa: „Dziecko, nie musisz za niego wychodzić”. Nie wiem, czy miałam wyryte na twarzy, że borykam się z tą decyzją, czy ona coś przeczuwała, ale te słowa otrzeźwiły mnie. Uświadomiłam sobie, że pomimo szczerych chęci i sił, nie wiem, jak stworzyć coś, co da mi szczęście i nie będzie powielaniem schematów z domu. Przyjrzałam się sobie, związkowi i wtedy już byłam pewna, że ja nie chcę wyjść za tego człowieka, tylko nie umiem odejść. Nie miałam już mocy i żadnego pomysłu, by się z tego wygrzebać. Potrzebowałam wsparcia w decyzji i możliwości porozmawiania o tym z kimś niezależnym, niezwiązanym z sytuacją. Tak trafiłam do księdza Bogdana. Znałam go od małego. Już jako ośmiolatka jeździłam na obozy, które organizował dla dzieci z parafii. Będąc nastolatką, słyszałam, że pomaga kobietom, których mężowie nadużywają alkoholu. Poczucie totalnej beznadziei przyprowadziło mnie tam, gdzie od dawna wiedziałam, że mogę się zwrócić. Bardzo dużo kosztowało mnie pierwsze spotkanie i rozmowa. Musiałam przyznać, przede wszystkim przed samą sobą, że na własne życzenie tkwię w bagnie. Wtedy też podjęłam decyzję, że za wszelką cenę, pomimo strachu i tego, że nie będzie mi łatwo, chcę zacząć żyć inaczej, już, od teraz. Następstwami tej decyzji było zerwanie zaręczyn, zakończenie związku i przeprowadzka. Kolejnym krokiem w mojej pracy nad zmianą była spowiedź z całego życia. Wypowiedzenie wszystkiego, czym krzywdziłam innych, ale przede wszystkim siebie, pomogło mi ruszyć dalej ku nowemu. Nie było to łatwe, czułam wstyd i strach oraz złość na samą siebie, że pozwoliłam, by tak wiele niedobrych rzeczy wydarzyło się w moim życiu. Zrozumiałam, że problem alkoholowy w mojej rodzinie sprawił, że nie potrafiłam inaczej. Dzięki zaufaniu do ks. Bogdana, które nie przyszło od razu, szłam do przodu, zdobywałam pewność siebie i odwagę do działania. Ułożony wspólnie plan spowodował, że zdobyłam pełne wykształcenie wyższe i skończyłam szkoły, które dały mi możliwość zmiany pracy na zawód, który chciałam wykonywać. Powoli powróciły radość i spokój. Dzięki rozmowom, spowiedzi, modlitwie, stworzeniu własnej modlitwy budowałam nową siebie. Jestem przecież piękną kobietą. Kobiecości też musiałam się uczyć. Zaczęłam szukać tego, co lubię, co sprawia mi przyjemność, co mnie cieszy i daje poczucie szczęścia. Z pomocą i dzięki regularnym spotkaniom analizowałam sfery swojego życia, w których musi zajść zmiana. Zadawałam sobie pytania: Jak zarabiam? Co umiem? Czego bym się chciała douczyć? Gdzie pracować? Z kim przebywać? Układałam sobie plan na życie, moje wykształcenie i moje priorytety, wróciłam do marzeń. Uczyłam się podejmować decyzje i szłam do przodu. Całą sobą chciałam żyć inaczej. Pomimo wzlotów i upadków, które przynosi życie, dni lepszych i gorszych, nadal konsekwentnie idę tą drogą, którą wybrałam. Uczę się być najpierw dla siebie, potem dla innych. Do dziś wiem, że mogę zadzwonić do księdza, skonfrontować swoje myśli, decyzje, zapytać o ich słuszność. Dzięki temu czuję, że nie jestem sama. Wiem, że pomoc drugiego człowieka jest niezbędna do wychodzenia ze schematów wyrytych w zachowaniu w moim dzieciństwie, które sprawiły ze powielałam życie moich rodziców. Wsparcie drugiego człowieka, a w moim przypadku ks. Bogdana, było i jest mi potrzebne do „przeskakiwania” samej siebie, do walki z ograniczeniami i nieraz paraliżującym lękiem, wszystko po to, aby wygrać życie! Oprócz modlitwy, regularnej spowiedzi i rozmów uczestniczę w niedzielnej mszy świętej i jestem członkiem grupy wsparcia dla członków rodzin i bliskich osób uzależnionych od alkoholu – grupy Al-Anon.

Dzięki tym wszystkim rzeczom i wysiłkom wreszcie w moim życiu czuję względną równowagę, ład i spokój. Cieszę się ze swojej decyzji o walce o lepsze życie i wciąż staram się zmieniać te sfery własnego życia, w których pojawiają się trudności. Podjęłam decyzję, że nie poddam się, nie odpuszczę, bardzo chcę wygrać!

Odkąd pamiętam, w moim domu był problem z alkoholem. Gdy byłam mała, nie zwracałam na to zbytniej uwagi, jednak wraz z dorastaniem zaczęłam zauważać, że coś tutaj nie gra. W któreś lato Mama wysłała mnie na obóz z księdzem Bogdanem. Potem trafiłam na spotkania Alateen jako ośmioletnia dziewczynka, która tak naprawdę nie wiedziała, co tam robi. Na grupie dużo rozmawialiśmy, dzieliliśmy się swoimi radościami, smutkami. Szybko zrozumiałam, że mam wokół siebie ludzi, którzy mają bardzo podobne zmartwienia do mnie i że w ich domach też nie jest tak, jak być powinno. Pomimo ciągłych kłótni rodziców, krzyków i płaczu były to dla mnie radosne chwile, spędzone z rówieśnikami, przed którymi nie musiałam nic ukrywać ani martwić się, co o mnie pomyślą. Otaczali mnie „swoi ludzie”. Lata mijały, członkowie grupy poszli swoimi drogami, jednak ja zostałam, by dalej pracować z księdzem Bogdanem. Różnie bywało.

Przeszłam wiele zachwiań, po drodze miałam sporo wątpliwości i wielokrotnie zbaczałam z drogi. Przestałam wierzyć w Boga i znacznie się od niego odsunęłam. Przestałam chodzić do spowiedzi i przyjmować komunię. Mimo tego ksiądz Bogdan dalej był obecny w moim życiu i trwał przy mnie, nie zmuszając mnie do ponownego uwierzenia, że ten Bóg gdzieś tam jest. Zaczęłam pić alkohol i palić papierosy, pojawił się też problem z masturbacją. W różny sposób próbowałam zapełnić tę pustkę i beznadzieję, którą czułam w sobie. Miałam problem z samoakceptacją i mówieniem nie. Przez pewien okres byłam po prostu zamrożona. Dzisiaj wiem, że byłam bardzo zagubiona. Chciałam na około wszystkim zrobić na złość, Bogu, księdzu, mamie, ale przede wszystkim na złość robiłam samej sobie. Dość dużo czasu zmarnowałam na udawanie kogoś, kim nie byłam, a było mi tylko coraz ciężej nosić maskę, którą sama sobie nałożyłam. Ciężko mi stwierdzić, kiedy to wszystko się odmieniło, co takiego się stało, ale dużo rzeczy zaczęło się zmieniać, ja zaczęłam się zmieniać. Chyba miałam już dość i coś we mnie pękło. Zaczęłam być bardziej szczera ze sobą i swoimi pragnieniami. Chciałam być inna. Bardziej pewna siebie, odważna i przede wszystkim szczęśliwa i wolna. Przestałam udawać i zaczęłam od nowa pracę z księdzem Bogdanem. Było ciężko, dalej jest, ale widzę ogromną różnicę między sobą sprzed dwóch lat a sobą teraz. Rozmrażanie i odkopywanie emocji oraz uczuć, które tak starannie starałam się schować, trwa do dzisiaj. Dzisiaj nie wstydzę się swoich łez, wiem, że są potrzebne i pozwalają mi wybaczyć sobie to wszystko, co ze sobą robiłam. Nie kryję swojego bólu, złości czy żalu, ale nie pozwałam, by mną zawładnęły i stały się centrum mojego świata. Za swoje porażki przestałam obwiniać rodziców i atmosferę w domu. Zaczęłam żyć swoim życiem, zostawiając problemy rodziców za sobą. Zmiany to jest ciężka praca, ale moje szczęście jest tego warte. Do zmian potrzebowałam przewodnika, którym okazał się ksiądz. Uczę się od podstaw swojej pewności i wartości. Nie boję się głośno mówić, co myślę i iść pod prąd, jeżeli z czymś się nie zgadzam. Nie boję się czuć i daję sobie prawo mylić się, upadać i powstawać. Na nowo poznaję siebie jako kobietę, w przyszłości mam nadzieję zostać żoną, a potem matką. Zanim jednak do tego dojdzie, uczę się, jak żyć zdrowo i walczyć o siebie i swoją przyszłość. Codziennie buduję relację z Bogiem, swoim ciałem i ludźmi, którzy mnie otaczają. Powoli, lecz pewnie stawiam kroki do przodu z nadzieją, że nie popełnię błędu swoich rodziców i założę zdrowy dom, gdzie zamiast krzyków i kłótni, będzie rozmowa, czułość i akceptacja. Bardzo łatwo zejść z właściwej drogi, zatracić się w pędzie życia, chęci zdobywania i posiadania lub chęci podobania się innym ludziom. Dlatego tak ważne jest mieć w swoim życiu ludzi-drogowskazy, które przypomną ci, co tak naprawdę się liczy i przypomną, że aby osiągnąć swoje cele i marzenia, trzeba ciężko i systematycznie pracować. Dzisiaj wiem, że bardzo mało potrzeba, żeby człowiek zwątpił i przestał się starać. Cieszę się, że mam możliwość zmieniać siebie i swoje życie i że moje oczy zostały otworzone i widzą wyraźnie. Wiem, czego chcę i do czego dążę, zdaję sobie również sprawę, że żeby to osiągnąć, trzeba ciężko pracować i nie bać się okazywać przy tym emocji i wątpliwości. Czasami nie jest kolorowo i gubię cel sprzed oczu. Mam dość starania się i bycia „inną” w społeczeństwie, gdzie można odnieść wrażenie, że prawie wszystko kręci się wokół seksu, pieniędzy, alkoholu i chęci pokazania się. Szybko jednak przypominam sobie, że za tymi pięknymi uśmiechami na pokaz, za tymi imprezami, przyjemnościami kryją się ludzie zagubieni, niepewni i nieszczęśliwi, którzy próbują czymś zapełnić swoją pustkę i to tylko ode mnie zależy, czym ja chcę wypełniać swoją. Ten reality check pozwala mi trwać w przekonaniu, że moja praca nad sobą przynosi owoce teraz i będzie także owocować w przyszłości. Nigdy nie jest za późno, by wziąć życie w swoje ręce i walczyć o siebie i swoją przyszłość.

W 1989 roku mój mąż Bronisław poznał księdza Bogdana Głodowskiego na Złotej Karczmie – w pracy, na terenie koszar OPP KWP. W drugiej części tego samego budynku mieściła się kaplica policyjna, tam mieszkał „Nasz Ksiądz”. Bronek wtedy jeszcze nie był moim mężem, był to czas naszego narzeczeństwa. Spotykaliśmy się zawsze po pracy. Opowiadał mi wówczas, jaki fajny ksiądz jest na terenie jednostki; że jeździ z nimi na zajęcia, służy każdemu dobrą radą, a ówczesne czasy nie były przychylne relacji milicjant–Kościół. Tak wtedy jeszcze było. Nie zważając na politykę i zaszłości myślowe, młodzi ludzie-milicjanci mieli bardzo dobry kontakt ze swoim kapelanem ks. Bogdanem. Na wesoło i poważnie, zgodnie z zasadą, jak powtarzał kapelan, zdrowy człowiek musi być „do tańca i różańca”. W sierpniu 1990 roku powstała parafia na terenie Złotej Karczmy, a w kaplicy koncentrowało się całe życie religijne i parafialne mieszkańców parafii. Budowa kościoła rozpoczęła się w roku 1994: kopanie fundamentów i organizowanie parafialnej rady budowy kościoła, w naszym bloku Bronek zbierał datki na budowę. W kwietniu 1990 roku wzięliśmy z Bronkiem ślub kościelny w mojej rodzinnej parafii na Żabiance. Po roku urodził się nam syn Maciej. W 1995 roku wraz z mężem i synem zamieszkaliśmy na osiedlu Złota Karczma i wtedy ja też poznałam znanego i lubianego księdza Bogdana. Nasi sąsiedzi opowiadali, że ksiądz organizuje wyjazdy letnie dla dzieci, zimowe, rodzinne, oazowe, mecze piłkarskie rodzice kontra dzieci, które wzmacniały więź rodzinną. Ksiądz dużo śpiewał z dziećmi. Dzieci po prostu lubiły uczestniczyć we mszach w kaplicy. Z naszym księdzem można było rozmawiać na każdy temat, sami mieliśmy różne problemy, jak w każdym małżeństwie, z którymi zwracaliśmy się do niego, a on nigdy nie odmówił pomocy i czasu poświęconego o każdej porze dnia. Zaprzyjaźniliśmy się. Coraz bardziej mu ufaliśmy. Stał się naszym spowiednikiem, przewodnikiem duchowym, a wszystkie udzielane przez niego rady, mi również, dawały dobre rozwiązanie. A problemów nigdy nie brakowało: czy to trudna sytuacja mojego brata, rodziców, czy mojego małżeństwa. W momentach kryzysowych naszego syna, które on zauważył u siebie i u nas, nie zastanawiał się ani nie wstydził, po prostu zadzwonił do księdza Bogdana, opowiadając, co się dzieje, umówił naszą rodzinę na wspólną rozmowę. Wzorowa postawa księdza umacniała nas w wierze i nadawała kierunek życiu, jak być dobrą i zdrową moralnie rodziną, która przetrwała razem już 28 lat w małżeństwie.

Wychowałam się w normalnej, tzn. niealkoholowej rodzinie. W moim domu rodzinnym alkohol bywał dodatkiem na imprezach rodzinnych czy w czasie świąt. W barku rodziców latami stały jakieś butelki niedopitych win itp. Po latach odkryłam, że problem z nadmiernym piciem miał mój kochany dziadek, z zawodu stolarz, a także inni mężczyźni z dalszej rodziny. Nigdy nie ucierpiałam z powodu jego picia, jednak pamiętam, jak z babcią siedziałyśmy godzinami w oknie w kuchni i czekałyśmy, aż wróci z pracy. Kiedy był pijany, kładł się spać, a babcia wysyłała mnie, żebym sprawdziła w kieszeniach jego płaszcza, czy zostały mu jakieś pieniądze. Miałam wtedy 5–6 lat. Później dziadkowie wyjechali za granicę, gdzie żyli dużo spokojniej kolejnych 30 lat, tam też oboje umarli.

Moja babcia urodziła i wychowała troje dzieci. Przeżyła wojnę jako młoda wdowa z malutkim dzieckiem – moją mamą. Była bardzo mocną kobietą. Wszystkim i wszystkimi kierowała, nadzorowała, oceniała. Wszystko musiała wiedzieć. I niewątpliwie bardzo mnie kochała. Kiedy dziadkowie przyjeżdżali w odwiedziny, w domu robiło się nerwowo. Mama była zestresowana i chora, choć przecież cieszyliśmy się z tej wizyty. Jednego roku dostała takiej kolki nerkowej, że trzeba było wzywać pogotowie. Po latach usłyszałam jeszcze inne historie rodzinne, zaczęłam widzieć i rozumieć to wszystko inaczej. Te poplątane emocje, strach zmieszany z miłością, uległość zamiast jasnych granic, brak szczerej rozmowy o swoich przeżyciach, rozczarowaniach, błędach. Lęk przed oceną i wyśmianiem. Gdy dorastałam, z jednej strony byłam dumna z naszej rodziny, ale w głębi serca chciałam żyć inaczej. Nawet modliłam się, żeby moje życie było inne. Jakie? Szczęśliwe, bez picia (bałam się pijaków), w kochającej rodzinie. Jak tego dokonać, nie wiedziałam, ale wierzyłam, że mi się uda. Nie podejmowałam tematu ani w spowiedzi, ani gdzie indziej, chociaż bardzo chciałam z kimś o tym porozmawiać. Miałam 16 lat i grono bliskich przyjaciół. Były to lata 80. Angażowałam się w życie nowo powstałej parafii, oazy młodzieżowej. Ksiądz Mirek, nasz młody wikary, był dla mnie pierwszym przewodnikiem duchowym i nie tylko. Dał nam wszystkim małe Pismo Święte wydawnictwa Pallottinum (nie do zdobycia wtedy!), uczyliśmy się je czytać. Organizował wyjazdy, oazy, rozumiał i miał dla nas czas. Dużo rozmawialiśmy o historii Polski, o Katyniu, AK. Tematy te istniały wówczas tylko w tzw. drugim obiegu i Radiu Wolna Europa. Ksiądz zginął tragicznie 11 września 1984 roku w drodze powrotnej z Rzymu, zaledwie półtora roku po święceniach. Był to dla mnie wstrząs. Mocno przeżyłam tę stratę, bardzo mi i nam wszystkim we wspólnocie go brakowało.

Kolejny kapłan, opiekun wspólnoty, też bardzo się starał, był dobry, ale bardziej zdystansowany. W wieku 18 lat na pielgrzymce maturzystów poznałam mojego późniejszego męża i po dwóch latach, i wielu perypetiach, pobraliśmy się w 1987 roku. Moi rodzice nie zgadzali się z tym wyborem, ponieważ był ode mnie starszy o 12 lat. Mnie początkowo też wydawał się za stary, ale zakochałam się po uszy i dalej już poszło. Czas przed ślubem wspominam jako pasmo walk, awantur, tłumaczenia się krzyków itp. Dopięłam swego. Wyszłam za mąż… W moim mężu ceniłam to, że był opiekuńczy, wierzący i nie pił. Już jako narzeczeni chodziliśmy razem na mszę, a czasami też do spowiedzi. Wydawało mi się to ważne, ważniejsze niż to, że nie mamy pieniędzy, mieszkania. Że on ciągle szuka i traci pracę. Zawsze znaleźli się winni tej sytuacji. Skończyłam studium pomaturalne już jako młoda mężatka i zaczęłam pracować w szpitalu. W dwa lata po ślubie pojawiło się nasze pierwsze dziecko – syn. Później w odstępach czteroletnich przyszły na świat jeszcze dwie córki. Mieszkaliśmy z mamą mojego męża i przez jakiś czas z jego dwójką rodzeństwa. Podejmowaliśmy różne kroki, żeby zdobyć swoje mieszkanie – bez powodzenia. Było to dla mnie ogromnie frustrujące. Bardzo chciałam być w końcu „u siebie”. Życie płynęło, dzieci rosły. Kilka lat spędziłam na urlopie wychowawczym, co teraz oceniam jako dobry czas bycia i zabaw z dziećmi. Najbardziej doskwierał mi brak pieniędzy. Sądziłam, że wszystko układałoby się lepiej, gdybyśmy je mieli. Mam na myśli relacje małżeńskie, a także akceptację reszty rodziny dla naszego związku. Żyłam od załamania do nadziei, że może w końcu się uda. Mój mąż w 2002 roku przeszedł zawał i operację kardiochirurgiczną. Ponieważ ZUS odmówił mu prawa do świadczeń, przez dwa lata nie miał ani grosza. Sprawę w końcu wygrał i otrzymał rentę. W tym okresie stał się bardzo wybuchowy, arogancki i agresywny w słowach. Dla świętego spokoju i unikania kłótni przejęłam na siebie większość obowiązków w domu i utrzymanie rodziny. Mieszkaliśmy z teściową, która utrzymywała dom (opłaty). Kiedy zaczęła chorować, opiekowałam się nią. Dwa ostatnie miesiące leżała w łóżku. Dziwiło mnie, że wtedy, kiedy było tak trudno, mój mąż był coraz gorszy, pozwalał sobie na coraz więcej wulgaryzmów, pił, nie pomagał przy mamie. Tak jakby uciekał od bólu? Nie wiem. To tylko moje przypuszczenia. Od początku naszego małżeństwa mąż ograniczał moje wyjścia do rodziny. Było też kilka lepszych lat, kiedy wydawało się, że nawiązaliśmy jakieś, w miarę poprawne, relacje. Później izolacja zaczęła się od nowa. Nie przyjmowaliśmy nikogo w domu, bardzo rzadko też razem do kogoś chodziliśmy. Święta były od zawsze trudne i stresujące z powodu awantur, które wszczynał. I często słyszałam, że to wszystko, co nam się nie udaje, to wina moja i mojej rodziny.

Dziś zastanawiam się, jak ja to wytrzymałam? Skąd czerpałam siły do trwania w tym chorym układzie? Teraz już wiem, że to ja umożliwiałam jego funkcjonowanie. Byłam „mocna”, jak moja babcia i mama. Nieraz brakło mi sił, płakałam, złościłam się na dzieci i innych ludzi – winnych mojej biedzie i cierpieniu. Jeśli chodzi o życie religijne, było zwyczajne. Chodziliśmy w niedziele na mszę, na roraty, majowe, pierwsze piątki. Uczyłam tego dzieci. Korzystałam ze spowiedzi dość regularnie. Obwiniałam siebie o wszystkie złe sprawy w naszej rodzinie, o moją nerwowość i krzyki. Jeśli mówiłam o trudnościach w małżeństwie, słyszałam, że muszę męża zrozumieć, bo on jest chory, że „jedni drugich brzemiona noście” itp. Utwierdzało mnie to tylko w przekonaniu, że jako żona muszę wszystko przetrzymać i ode mnie zależy atmosfera w rodzinie.

W naszym domu alkohol bywał bardzo, bardzo rzadko i w małych ilościach. Wesele też było bez wódki, tylko z toastem na początku. Jednak około 2000 roku zaczął się pojawiać. Czara goryczy przelała się, kiedy mój mąż zaczął pić coraz częściej wino i piwo, ponieważ miał kłopoty ze snem. Cieszył się, że w końcu dobrze zasypia. W krótkim czasie ten efekt zniknął, a on stawał się coraz bardziej pobudzony i agresywny nie tylko w słowach. Potrafił mnie uderzyć, kopnąć, opluć. Nie spaliśmy nocami z powodu wyzwisk i awantur. Zaczęłam szukać pomocy w różnych miejscach. Byłam na rozmowie w Centrum Interwencji Kryzysowej, dzwoniłam do Wojewódzkiego Ośrodka Terapii Uzależnień. W końcu w sierpniu 2006 roku skontaktowałam się z ks. Bogdanem – Diecezjalnym Duszpasterzem Trzeźwości. Kontakt do niego miałam już od roku w szufladzie nocnego stolika, ale musiałam doświadczyć bezsilności, żeby z niego skorzystać. Od księdza dowiedziałam się, że mój mąż jest chory, a z nim cała nasza rodzina. Dał mi odbity na ksero „List od alkoholika” i kazał chodzić na grupę Al-Anon, która miała spotkania w salce przy parafii. Tak zaczął się czas mojej przemiany. Najpierw nie wiedziałam, po co jest mi potrzebna grupa. Byłam przekonana, że to mój mąż jest problemem i to on powinien się leczyć. Także to, że alkoholizm jest chorobą, długo mnie nie przekonywało. Znam różne choroby i ta zupełnie nie pasowała do mojego pojęcia o chorowaniu i leczeniu. Dopiero po kilku latach odkryłam pokrętną naturę tego schorzenia, przewlekłego, prowadzącego do degeneracji we wszystkich sferach życia i w końcu do śmierci.

Chodziłam jednak, bo tak powiedział ksiądz. Jak mówimy: „Najpierw nogi, potem głowa”. Uwierzyłam mu, choć więcej było w tym desperacji niż odwagi i świadomej decyzji. Przez długi czas tylko słuchałam wypowiedzi osób z grupy. Coś mnie poruszało, nieraz drażniło, denerwowało lub wzbudzało lęk. Wdowy, rozwody, zdrady, separacje – te historie mnie przerażały. Myślałam, że u nas chyba nie jest jeszcze tak źle. Wierzyłam w Boga, nie potrzebowałam żadnej tajemniczej Siły Wyższej. Nie rozumiałam, do czego miałby mi służyć Program 12 Stopni Al-Anon. Jednak dzielenie się doświadczeniem, siłą i nadzieją także we mnie zaczęło wydawać owoce. Zaczęłam powolutku wierzyć, że można żyć inaczej. W tamtym okresie dzwoniłam do księdza Bogdana rzadko, tylko wtedy, kiedy w domu działo się coś złego. Należę do parafii jezuickiej, w której pracuje około siedmiu kapłanów. Korzystałam z sakramentów dość systematycznie. W trakcie spowiedzi próbowałam mówić o swoich nowych doświadczeniach. Bałam się rozpłakać, myśląc, że ksiądz potraktuje mnie jak „histeryczną babę” i wyrzuci z konfesjonału. Trzymałam mój ból w sobie. Generalnie spotykałam się z życzliwością spowiedników, ale i bezradnością, jeśli chodzi o zasady życia z osobą pijącą, przemocową. Jeden z nich, o. Paweł, który nie wiedział, co mi poradzić, ale zachęcał, żeby trwać na grupie, obiecał odprawić mszę św. w intencji naszej rodziny. Wzruszył mnie swoją dobrocią i dodał mi skrzydeł. Ja nie miałam odwagi poprosić o modlitwę, zamówić mszy św.

W 2007 roku ks. Bogdan zabrał mnie i moje córki (9 i 13 lat) na pielgrzymkę do Częstochowy. „Zabrał” to dobre słowo, ale bardziej pasowałoby – „wyrwał”. Potem był jeszcze pierwszy obóz w Sulęczynie. Furia mojego męża przeszła wszelkie granice, a ja powoli zaczęłam uczyć się niezależności i panowania nad lękiem. Dopiero wtedy, tj. po roku, zaczęłam regularną spowiedź u stałego kapłana, znającego problem. Wydawało mi się to dziwne jeździć na drugi koniec miasta do spowiedzi, skoro parafię mam na wyciągnięcie ręki. Oczywiście bałam się, wyobrażałam sobie, że mi odmówi, odeśle do mojej parafii – ot, chore myślenie. W każdym razie od lipca 2007 roku zaczęłam odkrywać spowiedź na nowo. Odkryć było więcej – kim jestem, po co żyję, jakie są moje zalety (wady znałam aż za dobrze!), jaką jestem kobietą, matką, jak się modlę. Uczyłam się siebie. Od kogoś, kto słuchał mnie i nie oceniał, uczyłam się krok po kroku akceptować siebie, jaką jestem. Powoli uspokoiłam się, ochłonęłam. Zaczęło budzić się we mnie inne, ukryte dotąd życie duchowe. Ksiądz i grupa dali mi siłę i pewność w podejmowaniu radykalnych działań. Zaczęłam dbać o bezpieczeństwo swoje i dzieci. Były interwencje policji, sprawa o znęcanie, ale przede wszystkim i nade wszystko moja praca nad sobą. Dzięki tym ludziom Bóg mógł mnie ratować z bagna, w które zabrnęłam. Dzieci też korzystały z posługi tego samego kapłana. Mieliśmy duchowego opiekuna i przewodnika, i ojca. Wiele spraw omawialiśmy rodzinnie u księdza, poza spowiedzią, ucząc się wzajemnego słuchania, mówienia o uczuciach, planach. Pomogły mi w tym częste, nawet krótkie rozmowy telefoniczne, pytanie, co i jak zrobić. Czułam się wtedy, jak rozbitek na oceanie… Nic nie widziałam. Tylko ciemność. Z czasem moja pewność wzrosła, odkryłam swoją wartość, choć nawet teraz, po siedmiu latach pracy, zdarza mi się ją zagubić. Pogrążyć się w smutku i użalaniu nad sobą. Ale szybko wracam. Chcę trwać i rozwijać się. Praca nad sobą nie jest i nie będzie skończona do śmierci, ale dzisiaj już mnie to nie przeraża. Modlę się o odkrywanie woli Pana Boga w moim życiu i o siłę do jej spełnienia. Żyję szczęśliwie, dużo spokojniej. Na oceanie mojego życia nastała cisza. Sprawdziłam na sobie powiedzenie, że wystarczy, żeby jedna osoba wyszła po pomoc, zaczęła się zmieniać, a zmienia się wszystko wokół. Mój mąż nie pije (chyba). Awanturuje się czasem, trwa mocno w swoich przekonaniach i ja go nie zmieniam. Zmieniam wyłącznie siebie. Po wylaniu w spowiedzi wszystkich „zakonserwowanych” w sobie przez lata uczuć gniewu, żalu, wściekłości, rozpaczy, nienawiści do mojego męża (przeraziła mnie ich siła!) zaczęłam widzieć w nim zagubione dziecko tego samego Ojca. Czasem mu współczuję. Modlę się za niego. Cóż mogę zrobić więcej? Nauczyłam się żyć swoim własnym życiem – jedynym, jakie mam i z jakiego muszę się rozliczyć. Odkryłam, że Bóg naprawdę jest i zawsze był ze mną, to mnie wtedy „nie było w domu”. Wiem, że kocha mnie nad życie, oddał je przecież za mnie. I nigdy nie naruszy mojej wolnej woli, czekając, jak żebrak, pod drzwiami, aż to ja Mu otworzę.

Na koniec kilka zdań o tym, jak księża mogą pomóc osobom w podobnej do mojej sytuacji. Najpierw krótka anegdotka z pracy. Czasem zostawiałam ulotki o Pielgrzymce Trzeźwościowej w szpitalnej kaplicy i myślę, że dlatego nasz kapelan skojarzył, że mogę coś wiedzieć. Pewnego dnia po mszy zatrzymał mnie i poprosił o radę dla pewnej pani i jej pijącego brata. Byłam zaskoczona, ponieważ zapytał tak: „Czy pani ma coś wspólnego z alkoholikami?”. A to widać? – pomyślałam. „Bo ja się nie znam na tym, w życiu alkoholika nie spotkałem!”

Oczywiście pomogłam, jak umiałam. Dałam kontakt na grupę i do księdza Bogdana. W duchu jednak uśmiechnęłam się: „Co za szczęśliwy człowiek, tak długo żyje na świecie i alkoholika na oczy nie widział!”.

Myślę, że księża jako osoby publiczne powinni poznać naturę choroby alkoholowej, jako najlepiej przebadanej, jej wpływu na samego alkoholika, jak i jego otoczenie, całą rodzinę. Inne nowe uzależnienia mają podobną naturę, przebieg i rozmach destrukcji. Zmienia się tylko czynnik – zamiast alkoholu, środków psychoaktywnych, może być np. pornografia, gry, komputer, hazard, zakupy i wiele innych. Księża nadal cieszą się dużym zaufaniem społecznym, mimo usilnych prób dewaluacji obrazu kapłana w mediach. Mają kontakt z ludźmi, często jako pierwsi mogą usłyszeć historie podobne do mojej. Nie powinni zostawać bierni i udawać, że problemu nie ma. Rozgrzeszenie udzielane osobie w sakramencie pokuty, Eucharystia, zachęcanie do modlitwy mają ogromną wartość. Czasem potrzeba dodatkowo konkretnej wskazówki, pokazania drogi, dodania odwagi i nadziei, że można i należy uczyć się żyć inaczej, bronić siebie i dzieci. Dobrze jest poznać program 12 Kroków AA i podobny do niego 12 Stopni Al-Anon. Wywiesić informację o mityngach w parafialnej gablocie, uczestniczyć w otwartych mityngach tych wspólnot. To bardzo pomaga w rozwoju duchowym. Grupy samopomocowe niosą ludziom na całym świecie pomoc, która nic nie kosztuje. Trzeba tylko chodzić, słuchać, żyć programem. Nie wszyscy księża oczywiście muszą znać się na wszystkim i umieć profesjonalnie pomóc, ale powinni wiedzieć, do kogo taką osobę odesłać, dać jakiś kontakt, coś konkretnego. Problem alkoholizmu jest tak powszechny i tak ugruntowany od pokoleń, że zachowania z nim związane wydają się być normą. Często nie znamy nic innego. Choroba ta dotyczy osób z wszystkich grup społecznych, bogatych, biednych, świeckich i konsekrowanych. Może dotknąć każdego. Aby móc pomagać, trzeba samemu się rozwijać, stawać się osobą dojrzałą, odporną na manipulacje, w których każdy uzależniony jest mistrzem świata. Pomaganie nie jest naiwnością. Nie jest zagłaskiwaniem problemu. Stawia konkretne cele i zadania, z którymi każdy człowiek i tak musi się zmierzyć samodzielnie. Na koniec przytoczę cytat z książki, która bardzo mi pomogła w odkrywaniu wartości spowiedzi i kierownictwa duchowego:

 

„Nie możemy przecież obudzić uśpionego życia w drugim człowieku jedynie przez słowa. Gdyby to mogło być takie proste! Uśpione życie budzi się w kontakcie z życiem, które już zostało obudzone. Stąd przewodzenie ludziom zakłada nieustanne nawracanie się przewodnika i taka jest jego istota. Doprawdy na przewodnictwie korzysta nie tylko penitent, lecz również przewodnik. Nie może przekazywać życia, nie żyjąc samemu, penitenci zmuszają go do poważnego traktowania jego osobistej relacji z Bogiem. To wielki dar być do dyspozycji jako duszpasterz dla ludzi, którzy tęsknią, szukają, chcą żyć. Traktując poważnie to zadanie, nie sposób stać w miejscu – trzeba iść razem, rozwijać się i pogłębiać”.

 

Wilfrid Stinissen OCD, Terapia duchowa. O duchowym przewodnictwie i duszpasterstwie, Wyd. W drodze, Poznań 2001, s. 12–13.

Jako młoda kobieta na początku małżeństwa nie byłam świadoma trudności i niebezpieczeństwa zawodu-służby milicjanta/policjanta. Mąż coraz częściej zaglądał do kieliszka. Był to, i jest do dzisiaj, jego sposób rozwiązywania trudnych spraw i problemów emocjonalnych. Ja tak jak umiałam, radziłam sobie na różne sposoby, chociaż było mi coraz ciężej. Zajęta wychowaniem dzieci nie mogłam i nie umiałam Mu pomóc. Dzisiaj dopiero, po około 12 latach pracy nad sobą, z pełną świadomością, z pewnym doświadczeniem, mogę spokojnie swoją historię opisać bez lęku, bez wstydu, bez obaw. Wiem też, że to jest życie, którym się dzielę z innymi kobietami, aby dodać im odwagi do zmian i dać nadzieję, że można żyć inaczej, lepiej, godniej. Pełna nadziei, wiary i miłości weszłam w życie małżeńskie z policjantem. Moja wiara pomogła mi trwać i pomaga dalej. Wiem też, że od 25 lat towarzyszy nam ks. Bogdan. Od powstania Kaplicy Policyjnej zawsze korzystałam z sakramentów św., brałam udział we mszy św., spowiadałam się, chrzciłam dzieci, tu moje dzieci przystąpiły do I komunii św. i też uczestniczyły ze mną w nabożeństwach. Tam też był zawsze ks. Bogdan, wtedy zupełnie nieświadomie z tego korzystałam. Żyłam, wydawało mi się, jak każdy człowiek: praca, dom, dzieci, obiad. Dzieci poszły do szkoły, a ze mną było coraz gorzej, załamania nerwowe, depresje, aż przyszedł kryzys – moje małżeństwo było pod znakiem zapytania, miałam dosyć. A dzieci dalej uczestniczyły w zabawach karnawałowych w stołówce koszar, dalej wyjeżdżały co roku na obozy letnie i zimowe z księdzem Bogdanem. To On uczył je pływać w jeziorze, grać na gitarze, angażował w przedstawieniach. Wszystkich dzieci było wtedy dużo. Ks. Bogdan, odkąd pamiętam, zawsze po prostu był – blisko, cicho. Przyszedł kryzys, stanęłam przed murem, nie wiedziałam, co dalej (to był rok 2003), co z moim życiem, co z moim małżeństwem, co z moimi dziećmi. Wtedy właśnie zwróciłam się o pomoc do ks. Bogdana. To z Nim i dzięki Niemu zaczęłam stawać na nogi. Inne kobiety, moje koleżanki – żony policjantów – powiedziały mi, że On pomaga naszym rodzinom, to tak, jakbym do tej pory o tym nie wiedziała. Tego nie da się ot tak opisać, to trzeba przeżyć. Moje doświadczenie jest dzisiaj moją siłą. Nie zapomniałam, gdzie byłam, jak żyłam, ja się z tym pogodziłam, przebaczyłam i z pomocą Boga i ludzi dziś jestem szczęśliwą kobietą, żoną, matką. Dzisiaj wiem, że świadomość tego, co się przeżyło, może zabić, ale wiem też, że aby móc oczyścić wspomnienia, przebaczyć sobie i innym i żyć godnie, potrzebny jest drugi człowiek. Dla mnie takim człowiekiem jest nasz kapelan Policji ks. Bogdan. To On pokierował mnie do ludzi, którzy mi pomogli uwierzyć w siebie, to dzięki namowom księdza ukończyłam studia pedagogiczne, politologiczne, a obecnie studiuję teologię. Wiem, że życie to nie bajka. Byłam praczką, kasjerką, pracowałam też w biurze, obecnie jestem nauczycielką i potrafię to wszystko docenić, to, co było, i to, co jest obecnie. Nie oznacza to, że nie mam problemów. Od wielu lat ksiądz jest dla mnie jak Ojciec, jest moim przyjacielem, cały czas towarzyszy, wspiera, poucza, pomaga w dążeniu do prawdy. Był czas, kiedy trzeba było nazwać wszystko po imieniu, nie było łatwo, kiedy trzeba było stanąć w prawdzie przed samą sobą. To ksiądz Bogusław pomógł mi przetrwać te najtrudniejsze chwile zwątpienia, niepewności. Krok po kroku uczyłam się od niego pewności, zaufania, spokoju. Zawdzięczam mu nowe życie, takie w prawdzie, poczuciu bezpieczeństwa, bez poczucia winy. Trudno się przyznać do porażki i pogodzić, że wszystko schrzaniłam. Na początku bałam się myśleć o tym, co przeżyłam, wstydziłam się tego, co sama zrobiłam. Tak wiem, nie jestem idealna i też zrobiłam wiele głupot w życiu, ale wstydziłam się też tego, że doznałam przemocy, upokorzenia, nie tyle fizycznej, co emocjonalnej, psychicznej. Powoli zaczęłam odkrywać i doświadczać, co to znaczy godność kobiety i odkryłam, że wielu przykrych rzeczy doświadczyłam na własne życzenie, ponieważ godziłam się na wiele sytuacji i zdarzeń dla pozornego świętego spokoju i aby było dobrze. To ksiądz uczył mnie, że można żyć inaczej, pewniej, z podniesioną głową i spełniać swoje marzenia.

Tak, dzisiaj jestem szczęśliwa, ale nie było łatwo. Najtrudniejsze jest zmaganie się ze sobą samym w pokonywaniu własnych słabości, lęków. Ale nie byłam sama, towarzyszył mi ks. Bogdan, jak „cichy anioł stróż”, narażony na obmowy, pretensje, plotki, zawsze mi powtarzał, że najważniejsze jest czyste sumienie i wtedy człowiek nie ma powodu do obaw, bo Pan Bóg jest zawsze z nim. Był cierpliwy przez wiele lat w słuchaniu mojej historii w spowiedzi i rozmowie, towarzyszył, wspierał w moich osiągnięciach. Dzięki kochanemu księdzu Bogdanowi moje już dorosłe dzieci są dobrymi ludźmi, a ja jako matka od tamtego kryzysu, bo to był punkt zwrotny w moim życiu, uczę się i walczę o naszą rodzinę, cały czas korzystając z pomocy ks. kapelana Bogusława. Kiedy wspomnę, jak trudno było, kiedy zauważyłam, że mój syn sięga po narkotyki, szybka i zdecydowana reakcja i pewność, by walczyć o Jego życie, pomogły. Ale to wsparcie i przekonanie, że tak trzeba, dostałam od księdza Bogdana. On mówił i mówi o „twardej miłości”. Miłość jest wymagająca, trzeba być odpowiedzialnym za siebie, ale i za wychowanie dzieci, tego się właśnie nauczyłam od niego. Trochę trzeba było przerobić, cały porządek z przeszłością to ten „piasek w kieszeni”, jak to zwykł nazywać ksiądz, przebaczyć sobie i innym za to, co się zrobiło. Było to możliwe dzięki pomocy jednego człowieka – kapelana Policji. Słuchał, słuchał, słuchał żali, pretensji, gniewu, złości, nienawiści godzinami, często nocami, na wyjazdach, pielgrzymkach, no i w kaplicy policyjnej przede wszystkim, a ja stawałam na nogi. Później przyszły radości i osiągnięcia, pewność siebie. Dzięki Niemu zrozumiałam, co to znaczy oddać życie za drugiego człowieka – to jest ten czas spędzony na wspólnej rozmowie, bez oceny, bez krytyki, to jest cierpliwość, spokój, radość życia z innymi ludźmi i dla Nich. Widzę i wiem, ile osób On otacza taką opieką jak mnie, wszystkich razem i każdego z osobna. Wiara w Boga, jego skromność i ta nadzieja na lepsze jutro, którą rozdaje jak chleb, pozwala nam zobaczyć i Boga, i ludzi. Dzisiaj nie boję się powiedzieć, że to ksiądz Bogdan uratował moje życie, moją rodzinę, policyjną rodzinę. Moje dzieci uważają go za przyjaciela przez duże P, wspierał je, rozmawiał, udzielał sakramentów i tak jest do dzisiaj. Korzystają z Jego doświadczenia, którym się chętnie dzieli, a i mój kochany małżonek, pan nadkomisarz na emeryturze, potrafi upiec dla księdza skrzydełka. Tyle rzeczy się działo dzięki księdzu, a i łyżwy były, i hokej, kiełbasa na ognisku i pogodne wieczory w Sulęczynie, w Wieżycy, w Zdunach, w Częstochowie – tyle lat wspaniałych przygód, w uczeniu się życia i wiary. Dzisiaj wiem, że życie jest piękne, mogę się śmiać i cieszyć z każdego dnia, po prostu być szczęśliwym człowiekiem.

 

Niedawno skończyłam 44 lata. Jestem mądrą, inteligentną, atrakcyjną i dojrzałą kobietą. Mam dwóch wspaniałych synów. Księdza Bogdana poznałam 18 lat temu, czyli w 2001 roku, a skierował mnie do Niego znajomy teściów, kiedy powiedziałam, że mąż pije. Przychodząc do księdza, nie sądziłam, że nasza znajomość będzie trwała tak długo. Na pierwszym spotkaniu opowiedziałam o tym, co się dzieje w moim małżeństwie, że mój mąż pije, a ja już nie wiem, co mam robić, żeby przestał. Próbowałam wszystkiego oprócz picia z nim (na szczęście) i jestem na skraju wytrzymałości, a mamy dwóch synów: pięcio- i czteroletniego. Ksiądz umówił mnie z Basią z grupy Al-Anon i powiedział, że mam tam chodzić. Wyszłam rozczarowana, ponieważ spodziewałam się, że dostanę pomoc, wskazówki, ksiądz mi w końcu powie, co mam zrobić, żeby Sławek nie pił, a nie wyśle znowu gdzieś. Przecież to nie ja piję i nie ja powinnam chodzić na spotkania i się leczyć, bo niby z czego? Nie rozumiałam tego, że ja, która wszystko ogarniam, trzymam w garści, mam jeszcze coś robić. Na szczęście byłam już tak zdesperowana, że postanowiłam spróbować. Tak zaczęła się moja droga pracy nad sobą i uczenia się, jak żyć inaczej, tzn. normalnie. Od księdza usłyszałam o kobietach, które kochają za bardzo, o nadkontroli, nadodpowiedzialności i o skupieniu całej uwagi na mężu, który pije. A gdzie ty jesteś, dziecko? Może wzięłaś za dużo na siebie i już brakuje ci siły, żebyś pomyślała o sobie? Ale jak to? – pytałam. Jak o sobie, przecież to egoizm? Jak Go zostawić? Przecież tak nie można i jeszcze mówi to ksiądz. To nie po chrześcijańsku. Usłyszałam, że tak trzeba. Jeśli chcesz przetrwać, musisz się emocjonalnie odseparować i zacząć wymagać, oddawać odpowiedzialność. Jak to wszystko zrobić? To było stopniowe wywracanie wszystkiego… i uczenie się, jak to jest normalnie. Słyszałam, że każdy ma prawo żyć, jak chce, a ty masz wpływ tylko na swoje zachowanie i na dzieci, póki jeszcze są małe i zależne od ciebie. To była i jest bardzo ciężka, trudna i mozolna praca okupiona wieloma łzami, inwektywami, pytaniami dlaczego i jak długo jeszcze. Złość, smutek, bezsilność, radość, szczęście i tak na przemian od wielu lat. Kiedyś usłyszałam od księdza, że jeśli będę potrafiła zaufać i zaprzyjaźnić się z jednym człowiekiem, to wszystko będzie dla mnie możliwe. Tylko żeby to zrobić i dać sobie tę szansę, trzeba nie lada odwagi, zaufania i lat. Ja żyjąc z osobą uzależnioną, przestałam ufać, czuć, mówić, wierzyć itd., więc żeby to wszystko zacząć budować na nowo, musiałam stopniowo się otwierać. To oznaczało mówić o tym, co czuję, a przecież nic nie czułam poza złością i bezsilnością. Nie umiałam powiedzieć, czy kocham i akceptuję siebie i innych, czy się sobie podobam, co bym chciała, co lubię, jakie mam marzenia itd. Wtedy wiedziałam jedno, że chcę, żeby mój mąż przestał pić, a mnie jakby nie było w sensie osoby, kobiety, żony, matki z emocjami, marzeniami, pragnieniami. Zaczęłam się uczyć, modlić, wierzyć, prosić, dziękować, pragnąć, uznawać bezsilność, powierzać, wymagać od siebie, stawiać granice i wiem, że to przychodzi z czasem. Raz ksiądz mi powiedział: „Ewelina, lądujesz z bardzo wysokiego lotu, więc będzie ci trudniej niż innym, ale damy radę”. Były momenty, że mój mąż też próbował. Przez wiele lat jeździłam z dziećmi na obozy do Sulęczyna, na pielgrzymki, spotykaliśmy się z innymi rodzinami, które też zmagały się z problemem uzależnienia. Dzisiaj z perspektywy lat cieszę się, że na naszej drodze stanął ksiądz Bogdan i że moje dzieci przez kilka lat też miały możliwość bycia radosnymi, beztroskimi i prawdziwie przeżywającymi uczucia ludźmi. Ksiądz zabierał je na zimowiska, raz w tygodniu mieli spotkania grupy Al-Ateen, uczyli się mówić o swoich uczuciach, o tym, co się dzieje w ich domu, przestawali się wstydzić i nabierali odwagi. Jestem pewna, że to zasiane ziarno kiedyś zaowocuje. To był dobrze zainwestowany czas i włożony wysiłek. Potem przyszedł moment, że dzieci osiągnęły wiek nastoletni i nie chciały już uczestniczyć w spotkaniach i wyjazdach. Ja jeszcze przez jakiś czas trwałam, ale w końcu zrezygnowałam i zeszłam z tej drogi. Wydawało mi się, że już tyle lat pracuję nad sobą, raz mocniej, raz słabiej, bo to nie idzie zawsze równo, i że jestem już taka mocna i mądra, więc wystarczy. Przestałam widywać się z księdzem i zaniechałam chodzenia na grupę Al-Anon. Miałam poczucie, że już dość. Byłam pewna, że poradzę sobie, no i tak też było, radziłam sobie. Wiadomo, raz lepiej, raz gorzej, ale jakoś się kulało to życie. Raz z Bogiem, raz bez Boga. Po około pięciu latach takiego życia przeszłam załamanie nerwowe i rok temu w marcu 2018 roku zadzwoniłam do księdza Bogdana i poprosiłam o spotkanie. Teraz wiem, że ta droga pracy nad sobą może przynieść efekty tylko, jeśli podążam nią z drugim człowiekiem, który wysłucha, pokieruje, podpowie, ale nie zrobi nic za mnie i niczego mi nie zabroni, bo szanuje moją wolność. Dla mnie taką osobą jest ksiądz Bogdan. Jestem pewna, że to jest droga, w której będę trwała do końca życia. Odkrywanie siebie to trudna i piękna praca, ale wiem, że samemu się nie da. Trzeba złapać kogoś za rękę i jak z tatą, na początku małymi krokami, iść w nieznane. Jak już wcześniej pisałam, dla mnie tym kimś był i jest ksiądz Bogdan, który cierpliwie towarzyszy mi w stawaniu się mądrą i dojrzałą kobietą, która poznaje swoją wartość, rozpoznaje czego chce i co jej służy, stawia granice, przełamuje swoje lęki, bariery i wie, że nie jest sama, choć czasami czuje się osamotniona.

W ciągu tych osiemnastu lat mój mąż odszedł od nas, dzieci dorosły, a ja wiem, że ze sobą będę do końca życia i to ode mnie zależy, jak je przeżyję i czy będę szczęśliwa… Ksiądz jest jedyną osobą, która wie o mnie wszystko… W tej relacji uczę się, jak być dzieckiem swego Taty, nie tylko duchowego.

Na grupę, którą w naszym seminarium prowadzi ks. Bogusław, przyszedłem w połowie drugiego roku. Słyszałem wcześniej, że istnieje taka grupa, jednak miałem ogromne obawy, żeby przyjść na spotkanie. Wynikało to m.in. ze wstydu przed kolegami i przed samym sobą, że mam jakąś sferę życia, z którą do końca sam sobie nie radzę. Jednak pewnego poniedziałkowego wieczoru odważyłem się i przyszedłem na grupę. Ku mojemu zdziwieniu znajdowały się tam osoby postrzegane przeze mnie jako silne osobowości. I to oni właśnie, co sami później potwierdzali, nabierali siły właśnie dzięki grupie. To właśnie świadectwo innych braci obudziło we mnie pragnienie tego, aby się przełamać i też być jak oni, nabrać pewności siebie. Już na pierwszym spotkaniu „wylałem” ze łzami w oczach z siebie cały ból, który nosiłem. Były to różne kompleksy, które mocno mnie poniżały we własnych oczach. I ku mojemu zdziwieniu, nikt z obecnych tam współbraci tego nie wyśmiał, nikt nie podzielał mojego poniżania siebie, wręcz doszło do niewyobrażalnych (dla mnie wówczas) rozmów, z których wynikało, że nie jestem jedyną osobą na świecie, która ma jakieś kompleksy, ale są osoby, które też się z tym borykają i dziękują mi za to, że miałem odwagę wypowiedzieć to na głos. Tu stały się dla mnie znamienne słowa św. Pawła: „Moc w słabości się doskonali”. Tego właśnie doświadczyłem na własnej skórze: uwalniającej Mocy Boga, który działa przez drugiego człowieka. I choć moje kompleksy nie odeszły jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, to był to ogromny impuls do podjęcia pracy nad sobą z ogromną nadzieją, że w tej walce nie jestem sam, oraz że ta walka ma sens i przynosi owoce. Widzę to dziś, po ponad dwóch latach pracy nad sobą, właśnie w dużej mierze na grupie.

Noszę w swoim sercu ogromną wdzięczność za obecność tej grupy w seminarium. Pozwala mi stawać się bardziej dojrzałym i pewnym siebie, co ma ogromne znaczenie dla mnie samego, ale także, jak Bóg da, i w niedalekiej przyszłości zostanę wyświęcony na kapłana, to wierzę, iż pomoże mi stać się dojrzałym ojcem duchownym dla wiernych, których Bóg postawi na mojej drodze.

Moje życie mogłabym podzielić na dwa etapy. Pierwszy to ciągła ucieczka, drugi to zatrzymanie się i skupienie na „tylko tu i teraz”.

Urodziłam się w sześcioosobowej rodzinie, jestem jedną z czterech córek moich rodziców. Na świecie pojawiłam się jako ostatnia. Wiadomość o moim poczęciu nie należała do najradośniejszych, tak opowiadała mi mama, wizja przyszłości była nieco przerażająca, wręcz mglista. Łzy płynące po jej policzkach zatrzymała dopiero moja ciocia, która zaproponowała bezpowrotną adopcję. „Oddasz mi to dziecko – powiedziała – ale nigdy nie przyznasz się, że jest twoje”. Na moje szczęście, tak myślę dopiero po siedmiu latach terapii, instynkt macierzyński wygrał i zostałam w rodzinie.

Ojciec płakał dopiero po moich narodzinach, nie spełniłam jego oczekiwań, byłam ostatnią nadzieją na posiadanie syna. Od samego początku Go zawiodłam.

Wieczory w moim domu rodzinnym wyglądały podobnie, córki siedziały przy książkach, mama krzątała się w kuchni, przygotowując nam jedzenie, a ojciec, jeżeli był w domu, oglądał telewizję. „Jedyny obowiązek, jaki macie, to nauka” – powtarzała mama. W naszym miasteczku nasza rodzina ma status tak zwanej „dobrej”. Sąsiedzi długo nie wiedzieli, że mój ojciec jest alkoholikiem. Znany fachowiec, złota rączka. Budował domy, remontował mieszkania, nie szlajał się. Do mamy przy ludziach zawsze zwracał się miło. Nie byliśmy bogaci, ale jedzenia nie brakowało. Nigdy nie byłam głodna.

         W wieku 11 lat zachorowałam na nowotwór. W tamtym czasie spotkałam wielu dobrych ludzi. Dzięki fundacji „Wakacyjna kropla szczęścia” wyjeżdżałam co roku na kolonie. Byłam nad morzem, w górach, w miejscach, o których wtedy mogłabym tylko pomarzyć. Dzięki mojej chorobie mama poszła na wcześniejszą emeryturę, a było to tuż przed prywatyzacją PGR-ów. Więcej pozytywów niż negatywów z tej mojej choroby, dlatego wspominam ją z nostalgią.

         Po rocznym leczeniu, pobytach w szpitalach i indywidualnym toku nauki nadszedł czas powrotu do szkoły. Piąta klasa „podstawówki”. Po roku walki z chorobą i oglądania śmierci bliskich z oddziału interesowałam się wynikami morfologii, a moi rówieśnicy zajmowali się lalkami, zabawą w klasy, chowanego i przeżywali pierwsze zawody miłosne. Masakra. „O czym ja mam z nimi gadać? Co za dzieciuchy?” – myślałam. Wtedy nie zdawałam sobie sprawy, że właśnie obdzieram się z dzieciństwa, nikt mi tego nie wytłumaczył.

         Pojawiła się pierwsza myśl o ucieczce. Jak najszybciej skończyć podstawówkę i wyjechać do liceum, najdalej jak się da.

         Z piątkowej uczennicy stałam się trójkową. Piąta i szósta klasa były chyba najgorsze zarówno dla mnie, nauczycieli, jak i mamy. W siódmej klasie nauczycielka matematyki powiedziała mi na początku roku szkolnego: „To już koniec twojego lenistwa, na koniec tego roku będziesz miała piątkę z matematyki, tak jak wszystkie twoje siostry, i będziesz miała czerwony pasek. Wstyd, żeby nazwisko twojej rodziny nie było wyczytywane na końcu roku szkolnego”. Będę jej wdzięczna za te słowa chyba do końca życia. To była jedyna rozsądna dorosła osoba, która wiedziała, kiedy zakończyć mój okres ochronny. Stałam przy tablicy na każdej lekcji, sprawdzała moje prace domowe i tak zmusiła mnie do nauki. Teraz rozumiem, że był to pierwszy dowód twardej miłości.

         Z powodu mojej choroby i przeciwwskazań na silny stres do liceum dostałam się bez egzaminów wstępnych. Codziennie dojeżdżałam 70 km w jedną stronę, bo dalej już nie mogłam. W czasie liceum mieszkałam sama w domu z rodzicami. Wszystkie siostry były już na studiach. Ten okres pamiętam jako pasmo niekończących się kłótni z mamą i obwiniania jej, że nie umie zapobiec pijaństwu ojca. Ciągle nie było mnie w domu i żyłam tylko tym, żeby skończyć liceum i pójść na studia. Plan ucieczki numer dwa – tym razem ograniczały mnie tylko granice Polski.

         W wakacje jeździłam na rekolekcje do sióstr zakonnych, miałam pomysł wstąpienia do zakonu. Nie chciałam mieć męża ani dzieci. Po co mam krzywdzić kolejne dziecko jakimś porąbanym ojcem. Wierzyłam, że gdyby moja mama wiedziała, jaki On jest, też by za niego nie wyszła. Nie wiedziałam, jak sprawdzić, czy mój przyszły mąż będzie dobry dla mnie i dla moich dzieci. Dorośli byli dla mnie wrogami numer jeden, nie okazali mi zrozumienia, nie dali poczucia bezpieczeństwa, walczyłam z wszystkimi. Nie wyobrażałam sobie, jak mogę dać to, czego sama nie otrzymałam.

         W wieku szesnastu lat przeżyłam ogromny zawód miłosny. Zakochałam się w chłopaku o trzy lata od siebie starszym, pierwszy raz w życiu poczułam mocne bicie serca. Osiemnaście miesięcy tego związku były straszne. Ciągle się kłóciliśmy, a ja płakałam. Do tego dochodził cotygodniowy alkohol. Jeszcze wtedy żyłam w przekonaniu, że alkoholizm nie jest chorobą i każdego człowieka można z niego wyciągnąć. Ciągle nie rozumiałam tej prostej zasady, że jestem bezsilna wobec alkoholu. To alkoholik musi chcieć przestać pić, a nie osoba współuzależniona. Na szczęście mój umysł przejął władzę nade mną i zakończyłam tę znajomość.

         Zdałam maturę, dostałam się na studia. Nie mogłam się doczekać października. Miałam wyjechać, zostawić cały ten majdan i zacząć od nowa. Tamte wakacje wspominam jako radosne. Dużo się bawiłam, wariowałam, poznawałam co chwilę nowych ludzi. Co wieczór byłam w innym towarzystwie, nosiłam „płaszczyk” osoby kontaktowej i otwartej. W tamte wakacje poznałam mojego obecnego męża, miał wtedy piętnaście lat. Czułam się bezpiecznie. Wiedziałam, że o tyle lat młodszy chłopak nie jest w stanie mnie skrzywdzić. W sierpniu zaczęliśmy się spotykać „na poważnie”, z zaznaczeniem, że gdy wyjadę, wszystko się skończy. Zdawaliśmy sobie sprawę, jaka różnica wieku nas dzieli. Ja studentka, on gimnazjalista – to nie mogło się udać.

         Studia okazały się jeszcze gorszym bagnem niż liceum. Miało być miło i przyjemnie, a tu na każdym kroku udowadniają ci, że jesteś głupi. To była kolejna porażka. Znowu moje marzenia o poczuciu bezpieczeństwa legły w gruzach. Znowu chciałam uciekać. Gdy podjęłam decyzję o wyjeździe z Torunia, zostałam najgorszą córką na świecie. Pamiętam, jak dzwoniły do mnie siostry i mówiły, że jestem okropną egoistką, jak mogę robić to mamie, ona tak bardzo to przeżywa. W rodzinie alkoholików dzieci zamiast zajmować się swoim szczęściem, skupiają się nad tym, jak zadowolić rodzica. Uczysz się dla siebie – tak zwykła mówić mama, a ja rozumiałam: gdy ty się uczysz, ja jestem spokojna. Nikt nie zapytał mnie, dlaczego to robię. Nikogo to nie interesowało, a ja ciągle płakałam, miałam bóle i zawroty głowy. Neurolog przepisał mi tabletki, podejrzewając depresję. Postanowiłam, że skoro po dobroci nie mogę odejść ze studiów, to mnie po prostu z nich wyrzucą. „Mamo, starałam się, ale mi nie wyszło, wyrzucili mnie!” – tak brzmiała oficjalna wersja.

         Kolejne studia rozpoczęłam na politechnice. Znowu byłam pełna nadziei, postanowiłam, że teraz to będę się uczyła, może nawet zrobię doktorat, żeby wszystkim pokazać i żeby mama była dumna. Dumna mama była ważniejsza od mojego ja. Na pierwszym roku, gdy wszyscy się integrowali, ja się uczyłam, niestety z marnym skutkiem. Tytuł magistra inżyniera zdobyłam w ciągu sześciu lat studiów.

         Przez cały okres studiów był przy mnie mój mąż, był moim przyjacielem i najbliższą osobą. Ciągle borykaliśmy się z problemem braku akceptacji ze strony mojej rodziny. O małżeństwie myśleliśmy już bardzo długo, nie towarzyszyły temu jakieś szczególne okoliczności, datę mieliśmy wybraną już chyba w 2008 roku. W 2011 roku zamówiliśmy salę. Pamiętam ten dzień. Było to dzień przed Wszystkimi Świętymi. Nie mieliśmy wtedy samochodu i miałam wziąć go od ojca, ale gdy zorientował się po, co nam auto, nie zgodził się. Wtedy już mama i moje siostry zaakceptowały nasz związek, ojciec miał z tym problem do końca. Nie byliśmy nawet pewni, czy przyjdzie na ślub, przyszedł, pobłogosławił nas, a około pierwszej w nocy wynieśli go kompletnie pijanego z sali.

         Podczas narzeczeństwa nie byłam pewna, czy chcę wyjść za mąż i mój narzeczony o tym wiedział. Bałam się patologicznej pokoleniowej powtórki. Gdybyśmy mieli narysować drzewo genealogiczne rodziny, okazałoby się, że alkoholik jest na każdym poziomie. W podjęciu decyzji pomogła mi najstarsza siostra, trzy miesiące przed ślubem zadała mi pytanie, które usłyszała przed własnym zamążpójściem: „Nie chcesz wyjść za tego konkretnego człowieka? Czy nie chcesz wyjść za mąż, bo się boisz założyć rodzinę?”. Odpowiedź była jasna: byłam przerażona założeniem rodziny, nie wierzyłam, że u mnie będzie inaczej.

         Jeszcze przed ślubem, po śmierci mojej przyszłej teściowej, wprowadziłam się do jej syna, a mojego przyszłego męża, żeby mu pomóc finansowo i być blisko. Był to dla mnie ciężki czas, nie mogłam przystępować do sakramentów. W święta wielkanocne 2011 roku, jeszcze przed zamówieniem sali, poszłam do spowiedzi, wiedziałam, że nie mogę dostać rozgrzeszenia, czułam jednak, że muszę skorzystać z tego sakramentu, bo zwariuję. Wtedy pierwszy raz usłyszałam, że powinnam zwrócić się o pomoc do osoby, która pracuje z rodzinami alkoholików. W lipcu 2011 roku postanowiłam się wyprowadzić.

         W sierpniu 2012 roku wzięliśmy ślub. Pierwsze sześć miesięcy naszego małżeństwa zamiast miodowe, było gorzkie. Rzucałam obrączką i żałowałam swojej decyzji. Obwiniałam męża, że po raz kolejny nie jestem szczęśliwa, mimo że podjęłam krok, który miał mnie uszczęśliwić. Byłam przekonana, że to on ma dać mi szczęście. Nie rozumiałam, że szczęście mogę dać sobie tylko ja sama. Nie przyszło mi do głowy, że przez całe życie, szukając szczęścia w innych: w liceum, studiach i w końcu w mężu, nie otrzymałam go, bo nie mogłam go otrzymać. Zrozumiałam to dopiero, gdy zaczęłam pracę nad sobą.

         Pierwszą osobą, która pochyliła się nade mną, był ksiądz, o którym usłyszałam w 2011 roku. W lutym 2013 roku czując, że tym razem nie mam, gdzie uciec, poszłam do spowiedzi. Pierwszy raz w życiu poczułam, że kogoś interesują moje uczucia, że ktoś mi pozwala na złość, że mnie nie ocenia. W konfesjonale zrobiło mi się słabo, bo doznałam poczucia bezpieczeństwa, jakiego nie znałam. Tydzień później poszłam na grupę Al-Anon z przekonaniem, że to mój pierwszy i ostatni raz. Praca z księdzem to jedno, ale grupa żon alkoholików to drugie.

         To właśnie tu zaczęło się moje „tylko tu i teraz”.

         Uczęszczam na spotkania Al-Anon od siedmiu lat. W tym czasie urodziłam dwójkę wspaniałych synów. Gdy byłam po raz pierwszy w stanie błogosławionym, moja mama mając w pamięci moje nastoletnie przekonania o macierzyństwie, była przerażona. Bała się, że będę złą mamą. Nie wyobrażała sobie, że będę umiała pokochać dzieci. Od pięciu lat uczę się miłości do siebie, męża i dzieci. Uczę się, jak żyć z faktem, że jestem córką alkoholika. Nie traktuję tego jako łatki, tylko przyjmuję jako coś mojego. Wiem, że nie otrzymałam od moich rodziców tego, co powinni mi dać. Pytanie: do czego mnie doprowadzi ciągłe ich obwinianie o moje braki? Zrozumiałam, że mój ojciec spieprzył mi życie, zrozumiałam, że jest chorym człowiekiem. Zrozumiałam, że moja mama jest współuzależniona i nie umiała inaczej. Dałam sobie czas na to, żeby być na nich zła. Dałam sobie czas, żeby móc im wybaczyć. Dałam sobie czas…

         Jestem szczęśliwą kobietą, żoną, mamą. Takiej kolejności nauczyłam się, pracując nad sobą. Tylko ja jestem wstanie dać sobie szczęście. Tylko ja, wiedząc, czego chcę i w szacunku do innych, mogę się uszczęśliwić. Robię to, co kocham i podejmuję nowe wyzwania. Stale towarzyszy mi pytanie: co bym zrobiła, gdybym się nie bała?

Na grupę Al-Anon trafiłam pół roku po ślubie i będąc bardzo nieszczęśliwą. Nie wiedziałam, czy chcę być z moim mężem i nie wiedziałam, gdzie znaleźć odpowiedź na to pytanie. Pochodzę z rodziny, w której między rodzicami nie było najlepiej. Były kłótnie albo ciche dni. Tata dużo wyjeżdżał. Mama była milcząca lub smutna. Pamiętam momenty, kiedy mój tata był wesoły, ale przeważnie było to po spożyciu alkoholu. Gdy miałam siedem lat, tata wyjechał za granicę do pracy. Nie było go kilka lat. Bardzo przeżyłam jego wyjazd. Czułam się zostawiona, niewarta kochania. Oszukana. Kiedy wrócił, przez chwilę było dobrze. Ale nie trwało to długo. Wróciły kłótnie. Rodzice chcieli się rozwieść. Przeprowadziliśmy się do innego miasta. Po roku, dwóch tata wyjechał ponownie za granicę.

Na studia wyjechałam do innego miasta, z dala od domu. Myślałam, że zacznę nowe życie, czystą kartę. Czułam się samotna. Pod koniec studiów z moim tatą było źle. Dzwonił do mnie często pijany. Opowiadał nieprawdziwe rzeczy. Było to straszne. Niedługo potem miał udar. Trafił do szpitala. Odbiło się to bardzo na mnie. Przestałam chodzić na zajęcia, czułam się wiecznie chora. Nie miałam siły na nic. Myślałam ciągle, jak pomóc ojcu. Dobra znajoma, wiedząc, co się dzieje, poleciła mi terapię dla dorosłych dzieci alkoholików. Chodziłam tam rok czy dwa i terapia dobiegła końca. Pomogła mi w uwolnieniu się od obsesyjnego myślenia o tacie. Dowiedziałam się tam, że nie mogę mu pomóc, choćbym chciała najbardziej na świecie. Przyniosło mi to wytchnienie. Skończyłam studia i czułam się znów sama jak palec. Znajomi się rozeszli, każdy w swoją stronę. Od strony rodziny nie miałam wsparcia. Mama namawiała mnie na powrót w rodzinne strony. Czułam się zagubiona. W tym czasie poznałam Wojtka. Imponował mi swoją energią, grupą ludzi wokół siebie. Pochodził z Gdańska, więc liczba osób, rodziny, która go otaczała, była czymś, czego tak bardzo mi brakowało. Jego rodzice byli rozwiedzeni, tata od dawna mieszkał z „nową” rodziną. Wiedziałam, że wiąże się to z dysfunkcjami, które przechodzą na dzieci dorastające w niepełnej rodzinie. Ale nie chciałam w to wierzyć. Tak bardzo chciałam, żeby był ktoś obok, żeby ktoś się o mnie zatroszczył. Spotykaliśmy się kilka lat, były kłótnie, były emocje. Mimo że on oświadczył mi się szybko, nie chciałam podejmować decyzji. Nie wiedziałam, czy chcę z nim być, czy nie. Nie „czułam tego”. Nie umiałam tego rozstrzygnąć. Bałam się. Bałam się w ogóle podejmować ważne decyzje. Bałam się zmian. „Bujaliśmy się” tak bez celu. Za kolejnym „podejściem” przyjęłam w końcu oświadczyny. Nie umiałam odejść, więc pomyślałam, że może w takim razie jedynym wyjściem jest zgodzić się. Dużo się kłóciliśmy. Nie umiałam tego ogarnąć swoim rozumem. Szukałam potwierdzenia, jaką decyzję mam podjąć, u wielu osób, ale nikt nie umiał mi doradzić. Każdy mówił co innego. Czułam się strasznie.

W dniu ślubu chciałam uciec. Zapaść się pod ziemię, wybiec z kościoła, powiedzieć, że nie chcę. Jednak wszystko było już przygotowane, goście zaproszeni, dużo przyjezdnych. Co miałam zrobić? Czy to mój lęk jest tym „doradcą”? Czy moja wola? Ślub się odbył. Udawałam, że wszystko jest w porządku, tańczyłam na weselu, starałam się uśmiechać. Kiedy wszyscy wyjechali, wyłam do Księżyca. Nie wiedziałam, co teraz. Mój mąż był zszokowany, co się dzieje. Nie chciałam „nocy poślubnej”. Kolejne kilka miesięcy było koszmarne. Nie wiedziałam, gdzie szukać pomocy. Dużo się modliłam. Chodziliśmy z Wojtkiem, szukając ludzi, którzy „coś wskórają”. Miejsca, do których trafiliśmy, okazywały się być nietrafione. Byliśmy w kropce. Przypomniałam sobie o dawnej znajomej, która dawała świadectwo podczas jednych z rekolekcji. Jej historia wydawała mi się być podobną do mojej. Nie mając już nic do stracenia, udałam się do niej. Pokierowała mnie na Złotą Karczmę, na grupę samopomocową i do księdza, który pomaga ludziom pochodzącym z domów z problemami. Nie bardzo rozumiałam, co moje problemy mają wspólnego z żonami alkoholików (tak kojarzyłam grupy Al-Anon), ale dałam się przekonać. Już na pierwszym spotkaniu podeszła do mnie w przerwie dziewczyna w moim wieku i powiedziała, że to normalne, co przeżywam. Ona miała bardzo podobne przejścia, ale na grupie uczy się, jak to zmienić, jak w tym wszystkim funkcjonować, zacząć żyć inaczej. Dodało mi to dużej otuchy. Chyba pierwszy raz usłyszałam od kogoś, że „to normalne”, że ktoś miał podobnie, że można coś z tym zrobić. To było dla mnie światło w tunelu, z którego nie widziałam wyjścia. Równolegle do spotkań grupy zaczęłam rozmawiać z poleconym księdzem. On również nie był zdziwiony tym, co przeżywam, co również mnie zaskoczyło. Pytał o mój dom rodzinny. Dużo na ten temat rozmawialiśmy. Zaczęłam od spowiedzi, w których „wylewałam” swój ból. Na początku zachowawczo, zdawkowo, później coraz więcej, coraz odważniej. Bardzo dużo płakałam. Opowiadałam sytuacje, zdarzenia, o których przedtem nikomu nie mówiłam, co było moją tajemnicą. Słyszałam, że co „schowam”, będzie mnie dręczyło. Było mi bardzo trudno obnażyć się przed kimś. Opowiedzieć o traumach z dzieciństwa, o tym, czego się bałam, co mnie bolało, co się ze mną działo. Dawało mi to jednak ulgę. Czułam się coraz lepiej sama ze sobą.

Zaczęła tworzyć się więź między mną a księdzem Bogdanem. Pomału czułam, że mogę mu zaufać, że jestem bezpieczna, że on nic ode mnie nie chce. Ta relacja zaczęła przyjmować kształt relacji ojca z córką. Zaczęłam odkrywać, że tego zawsze mi brakowało. Te rozmowy dawały mi poczucie, że wreszcie nie jestem sama i że nie jestem zdana tylko na siebie, że komuś mogę powiedzieć, co czuję, co przeżywam, i nie będę oceniona. Wojtek początkowo nie chciał dołączyć do takiej formy pracy nad sobą i nad naszą relacją. Nie chciał rozmawiać z „obcą” osobą na tematy trudne, intymne. Dla niego to było za dużo. Nie widział tego, że on też ma wpływ na to, co ja czuję, jak się zachowuję, jak wygląda nasz związek. Trudno mi było to przyjąć i nie mogłam się z tym pogodzić. Nie tracąc czasu, postanowiłam zająć się sobą i zmianą siebie. Dużo się nauczyłam przez ten czas. Moje poczucie bezpieczeństwa, własnej wartości, spokoju wewnętrznego rosło. Było mi coraz lepiej we własnej skórze. Mimo to relacja między mną a mężem nie poprawiała się. Z czasem zaczęłam dostrzegać, że cała wina za to, jak jest, nie spoczywa tylko na mnie, o czym byłam wcześniej przekonana. Zaczęłam rozumieć, że jego wady, braki z dzieciństwa, zachowania są również powodem tego, jak jest. Coraz bardziej mi to przeszkadzało. Czułam bezsilność, złość, smutek, rozgoryczenie. Żyliśmy właściwie obok siebie. Każdy w swoim świecie. On wiele godzin poświęcał pracy zawodowej, przynosząc ją również do domu, co powodowało kolejne konflikty i moją niezgodę na taki stan rzeczy. Czułam coraz większą niechęć do niego. Nie chciałam tak żyć. Chciałam mieć przy sobie mężczyznę, który ma dla mnie czas, chce spędzać go ze mną, jest mną aktywnie zainteresowany, interesuje go, co u mnie, jak się czuję oraz dostrzega swoje wady i chce nad nimi pracować, aby było nam wspólnie lepiej.

Punkt zwrotny nastąpił, gdy zakochałam się w innym mężczyźnie. Początkowo nic na to nie wskazywało. Adorował mnie od dłuższego czasu, żartował, zagadywał, wyświadczał tzw. drobne uprzejmości, interesował się moim samopoczuciem. Byłam na to obojętna przez dłuższy czas i wydawało mi się, że przecież ja „nie z takich”. Śmiałam się z jego zaczepek, żartowałam z nim. Z czasem coraz bardziej lubiłam jego towarzystwo, okazało się, że mamy wspólne pasje, poczucie humoru. Zaczął mi imponować. Zaczęło mi go brakować, jak się nie widzieliśmy. W głębi serca bardzo chciałam kochać i być kochaną. Czułam tęsknotę za byciem traktowaną tak, jak traktował mnie ten kolega. Moja złość i niechęć do męża rosła. Miałam żal o to, że on nie walczy o mnie, o nas. Coraz częściej myślałam o koledze, chciałam spędzać z nim czas, śmiać się. Gdyby nie częste rozmowy w tym czasie z ojcem (ks. Bogdanem), poszłabym w tę znajomość na całego. Płakałam mu w rękaw, krzyczałam, wylewałam swój ból i żal, swoje rozdarcie i swoje niespełnione marzenia, pragnienia. Bardzo chciałam być z tym mężczyzną i nie mogłam przeżyć tego, że nie mogę. Kiedy mój mąż zorientował się, że „coś” się dzieje, przebudził się jakby z letargu. Oznajmij, że jeśli nie jest za późno, chce walczyć o nas. Początkowo nie chciałam już kolejny raz próbować. Chciałam się z nim rozejść. W końcu jednak postawiłam mu ultimatum: idziemy do księdza pracować nad sobą razem albo się rozstajemy. Przystał na to. Początkowe spotkania u ojca Bogdana polegały na ustalaniu wspólnego planu tygodnia, ustalaniu godzin wspólnych posiłków, podziału zadań domowych itp. Nawet to było dla mnie działaniem wbrew sobie. Miałam ogromny żal, czułam złość i niechęć do Wojtka. Chciało mi się ryczeć i krzyczeć. Nie miałam najmniejszej ochoty na wspólne spędzanie czasu. Dla mnie ten czas już był i nic z tego nie wynikło. Do tej pory różnego rodzaju ustalenia między nami kończyły się kłótnią, nieporozumieniami. Okazywało się, że każdy zrozumiał to, co ustaliliśmy, inaczej. Powodowało to jeszcze większą frustrację i niemoc. Teraz wszystko zaczęliśmy ustalać przy „świadku” (księdzu). Na co dzień mieliśmy nie poruszać żadnych tematów zapalnych, trudnych, mogących „zaszkodzić”. Mieliśmy zacząć od codzienności. Bez górnolotnych uczuć i emocji.

Na spotkania przyprowadziła mnie mama i chodzę na nie od dzieciństwa. Na początku były to spotkania Alateen, później Al-Anon. Mój tata jest alkoholikiem, zawsze był opanowany, nie robił awantur w domu. Wychowywałam się w pełnej rodzinie, choć po latach mogę stwierdzić dużą nieobecność mojego taty. Bywało tak, że znikał na kilka dni, podczas których nadużywał alkoholu. Nie zawsze był obecny w moim życiu, a w momencie kiedy wracał, chciał wynagrodzić każdemu swoją nieobecność. Tata wyprowadził się, kiedy byłam na studiach i założył drugą rodzinę. Bardzo ciężko było żyć w takim zakłamaniu, ponieważ bliscy, sąsiedzi, znajomi myśleli, że jesteśmy normalni, zdrowi i szczęśliwi. Ciężko było mi stanąć w prawdzie, ponieważ chciałam wierzyć w to, że mój tata nie ma problemu i wpajano mi, że nic złego w naszej rodzinie się nie dzieje. Chodząc na spotkania, zrozumiałam, że alkoholizm jest chorobą. Początki nie były łatwe, ponieważ prościej było nie mówić o tym, co mnie boli, martwi lub czego mi brakuje. Wiem, że spotkania i praca nad sobą dają mi poczucie pewności. Mogłam wrócić do czasu dzieciństwa. Zdaję sobie sprawę, że pewne schematy, zachowania automatycznie nabyłam od mojej mamy i mówienie, że ja taka nie będę, nie sprawdza się. Są sytuacje, w których mówiłam, że nie będę robić, tak jak moja mama, nie popełnię takich błędów, a po czasie okazywało się, że nawet nieświadomie to robiłam. Obecnie wiem, że to, jaka jestem, jak będę postępować, zależy ode mnie, niemniej jednak będzie to wymagało dużo pracy i wysiłku. Zdaję sobie sprawę, że moi rodzice nie nabrali wzorców od swoich, ale to nie jest już czas, żebym swoje niepowodzenia tłumaczyła przeszłością. To, że oni nie pokazali mi, co to znaczy kochająca rodzina, jak powinna wyglądać relacja między kobietą a mężczyzną, nie oznacza, że nie mogę się tego nauczyć teraz od innych. Wiem, że mam duże braki, dlatego potrzebuję grupy i osoby (spowiednika), która będzie mnie uczyła, jak żyć normalnie i być szczęśliwą. Uczę się tego teraz, żeby moje dzieci nie musiały uczyć się od innych, tak jak teraz ja. Tym, co skłoniło mnie do szukania pomocy, był fakt, że nie chciałam żyć, tak jak inni oczekują. Chciałam kierować się wyłącznie tym, co ja czuję i jaka ja chciałabym być. Wiem, że to ja muszę zatroszczyć się o siebie i budować swoją wartość, poczucie pewności. Myślę, że momentem mojej przemiany był fakt, iż źle się czułam w skórze, masce, w jakiej żyłam, a nie miałam na samym początku siły i odwagi inaczej. Myślałam, że nie mogę być inna, że to mi się nie uda. Nie chciałam też powielić błędów moich rodziców, tej toksyczności, braku rozmów o uczuciach, trudnych sytuacjach. Wiem, że teraz jest taki etap, że to ja muszę wziąć życie w swoje ręce, to ja muszę o nie zawalczyć. Nie ma już czasu na użalanie się nad sobą i mówienie, ile to mi nie dano, a powinnam to dostać. Teraz sama muszę to odkrywać i pracować nad sobą. To, co mi pomaga, to uczęszczanie na spotkania Al-Anon dla krewnych i przyjaciół alkoholików. Jest to środowisko, w którym czuję się dobrze, które mnie rozumie, akceptuje, często czuje podobnie, przeżywa podobne sytuacje. Dzięki wypowiedziom innych uwierzyłam, że można żyć inaczej, wyjść ze schematu, zbudować nową siebie. Bardzo ważny jest dla mnie mój stały spowiednik, któremu zaufałam i który pomaga mi w codziennym życiu. Tłumaczy mi rzeczy, których nie przekazali mi rodzice. Wiem, że nie zostanę odrzucona, skrytykowana. Ksiądz pomaga mi również budować moją duchowość, relację z Panem Bogiem. Chodząc na spotkania, zrozumiałam, że nie muszę zawsze wiedzieć, jak postąpić, najważniejsze, że mam do kogo zwrócić się z problemem. Chcę stworzyć zdrową rodzinę i nie mając prawidłowych wzorców, zdaję sobie sprawę, że potrzebuję pomocy, aby tego się nauczyć, a po drugie wiem, że jest to możliwe. Praca nie jest łatwa, często mam chwile zwątpienia, ale robiąc coś ze sobą, mówiąc o moich rozterkach drugiej osobie, jestem coraz silniejsza, pewniejsza siebie i zadowolona z życia. Wiem, że liczy się tylko to, czego ja chcę, a nie czego oczekują ode mnie inni lub co o mnie myślą. Po latach pracy, chodzenia na grupę, rozmowach z księdzem czuję się szczęśliwsza. Czuję również spokój i ulgę, że mam grupę i osoby, na które mogę liczyć, które mi pomogą. Nie muszę już zakładać żadnych masek, udawać kogoś, kim nie jestem. Nie zwracam już tak uwagi, co myślą inni. Najważniejsze jak ja się czuję, jakie mam marzenia i cele.

W naszym seminarium duchownym jest wiele grup duszpasterskich o różnym charakterze, które przygotowują nas do licznych zadań, które będziemy podejmowali w przyszłości jako kapłani. Jest wśród nich również „grupa księdza Bogdana”, która opiera się na 12 Krokach AA. Grupę tworzą młodzi ludzie, którzy chcą coś zmienić w sobie. Nad całą grupą czuwa ks. Bogdan, lecz nie wtrąca się w jej działania. Członkowie uczestniczą również w otwartych spotkaniach organizowanych przez grupy samopomocowe, które działają na terenie archidiecezji gdańskiej. Jeżdżą na liczne wykłady i sympozja organizowane przez AA. Również członkowie ze środowiska AA są zapraszani do seminarium, by modlić się razem z nami i dzielić się swoją drogą uzdrowienia.

         Grupę księdza Bogdana poznałem już na samym początku mojej formacji, czyli na pierwszym roku studiów. Obecnie jestem klerykiem drugiego roku. Na spotkania zacząłem chodzić od połowy pierwszego roku, lecz były to sporadyczne wizyty. Przyszedłem z czystej ciekawości. Stwierdziłem, że przecież nie mam problemu z alkoholem, że w mojej rodzinie jest wszystko OK, ale myliłem się. Na samym początku właśnie tak postrzegałem grupę. Poprzez liczne świadectwa osób, które ją tworzą, i wizyty naszych gości odkryłem, że muszę coś w sobie zmienić, by nie ranić innych. Dzięki programowi 12 Kroków AA, na których opiera się grupa, powoli zdrowieję.

Pochodzę z wielodzietnej rodziny, było nas pięcioro w domu. Moi rodzicie rozwiedli się, kiedy miałem 14 lat. Obowiązek wychowania spoczął na mojej mamie. Z ojcem mam znikomy kontakt. Wstąpiłem do seminarium, mając 25 lat. Przed seminarium studiowałem, więc poznawałem przy tym obfite życie studenckie. Podczas studiów nie uciekałem od alkoholu, wręcz przeciwne – zatapiałem w nim wszystkie smutki i żale. Nie przeszkadzało mi takie życie. Sądziłem, że jest to normalny proces. Będąc w seminarium, nie czułem potrzeby sięgania do tego, lecz jak przychodziły problemy, kryzysy, walczyłem z nimi w zalążku. Dopiero analizując siebie na podstawie 12 Kroków, doszedłem do wniosku, że do końca w tym wszystkim nie jestem sobą i nieświadomie bądź świadomie krzywdzę innych swoim zachowaniem. Trudnym momentem było przyznanie się przed samym sobą, że mam z czymś problem. Tym problemem okazał się alkohol i pornografia, również niekontrolowanie emocji. Okazywało się, że będąc na wakacjach, czułem się jak student, a nie jak kleryk i z chęcią, gdy pojawiała się okazja, sięgałem po alkohol. Sądziłem, że mogę to kontrolować, jednak było inaczej – nie potrafiłem odmawiać. Od początku drugiego roku uczestniczę w spotkaniach grupy regularnie i właśnie przyznanie się wobec innych dało mi pewną wolność. Przyznałem się, że jestem bezsilny wobec tego. Po głębszej analizie swojego życia, dzięki pomocy grupy i Kroków, udało mi się przypomnieć, że mój ojciec też miał problem z alkoholem, przez co zrujnował sobie życie, zdradzając mamę i krzywdząc nas. Być może przejąłem schemat jego zachowania po części, ale wiem, że sam odpowiadam za swoje czyny.

         Poznając kolejne Kroki i ludzi, którzy tworzą tę grupę, odkrywam coraz bardziej siebie i mogę śmiało powiedzieć, że jestem w trakcie zdrowienia. Jest wiele rzeczy, nad którymi muszę popracować i poukładać, by były w odpowiednim miejscu. Nie wiem, co by było, gdybym nie spróbował pójść na te spotkania. Pewnie nadal tkwiłbym w swoim przekonaniu, że wszystko jest dobrze. Dlatego śmiało mogę powiedzieć, że to dzięki 12 Krokom uczę się nie krzywdzić innych i iść do przodu. Drogi bracie i siostro, możesz zyskać wiele. Zwlekając, tracisz tylko czas. Oceń sam, czy warto. Życzę, byście także odnaleźli w tym wszystkim siebie.

Działalność grupy samopomocowej opartej na 12 Krokach w naszym seminarium zaczęła się w 2010 roku. Wcześniej oczywiście obok innych grup duszpasterskich funkcjonowało duszpasterstwo trzeźwości. Zadaniem jej członków było de facto uświadamianie i propagowanie trzeźwości. W jej ramach odbywały się spotkania z grupami AA z naszej diecezji wraz z diecezjalnym duszpasterzem trzeźwości. Przewodniczący grupy wraz z kilkoma osobami jeździł raz na jakiś czas na tak zwane spotkania otwarte i stwierdził, że w seminarium również wielkim powodzeniem cieszyłyby się takie spotkania, gdzie każdy może przyjść i powiedzieć o swoich problemach, o tym co go raduje i smuci. Nie trzeba przecież pracować nad sobą, będąc w patologii czy ją stwarzając, można zacząć dużo wcześniej. Z takim wnioskiem i założeniem w nowym roku akademickim 2010 roku w seminarium „ruszyła” nowa, nieoficjalna grupa klerycka. Za porozumieniem z ks. rektorem i ojcami duchownymi opiekę objął diecezjalny duszpasterz trzeźwości. Pierwsze spotkanie było dosyć nieliczne, natomiast kolejne cieszyły się powodzeniem. Liczba kleryków uczestniczących w spotkaniach ustabilizowała się i po miesiącu było nas 10. Kiedy każdy mówił o smutkach i radościach i dodatkowo omawiał poruszany na danym spotkaniu problem, przeciągały się one nawet do prawie dwóch godzin. Po raz pierwszy przyszedłem na trzecie spotkanie, za namową jednego z członków grupy. Przyszedłem nie dlatego, że pochodzę z patologicznej rodziny, czy sam mam ogromne problemy ze swoją osobowością, emocjami, jednak dopiero w czasie spotkań, podczas dzielenia się wyszło, co miało wyjść. 

Pomimo tego, że moja rodzina na pozór wyglądała na normalną i szczęśliwą, w środku była emocjonalnie rozszarpana przez wybuchowe i niekontrolowane zachowania mamy i taty. Otworzyły mi się oczy na zaborczość i emocjonalne ubezwłasnowolnienie. Moje kolejne kroki w seminarium przez regulamin i ograniczony czas dla rodziny były emocjonalną katorgą w relacji ja–dom. Przez brak zrozumienia, czym jest grupa, musiałem wielokrotnie słyszeć, jak się nad sobą użalam i że inni mają gorzej, a moje problemy są fikcją. Słuchanie takich rzeczy od najbliższych jest prawdziwym nożem w sercu… Ale grupa była miejscem i czasem oczyszczenia, bo w końcu kiedy wiele spraw zrozumiałem i przepracowałem, wiedziałem, jak do życia podejść. Zrozumiałem, jak mam żyć swoim własnym życiem i to jest największe dobro, jakie dała mi grupa. Nie mówiąc już o odwadze, nabraniu pewności siebie i przede wszystkim o doświadczeniu tego spokoju w sercu, który pozwala z nadzieją patrzeć w przyszłość. Dzięki świadomości tego, co może chować ludzkie serce, inaczej patrzy się na drugiego człowieka. To odkrycie nie teoretycznie, ale praktycznie pozwala na budowanie zupełnie innych – prawdziwych! – relacji. Oczywiście grupa nie wyprostowała tylko mojego emocjonalnego bałaganu, ale również ten w domu. Atmosfera zdecydowanie się oczyściła, ale jak wszędzie – wciąż jest wiele rzeczy do zrobienia. 

Kiedyś dostałem kubek, a na nim napis: „Nie mów Bogu, że masz wielki problem, ale powiedz swojemu problemowi, że masz Wielkiego Boga”. I do przodu…

Na grupę i do księdza Bogdana trafiłam siedem lat temu. Wbrew nadziei uwierzyłam świadectwu mojej koleżanki, która korzystała z pomocy księdza Bogdana. Przez 11 lat mojego życia byłam gwałcona przez księży. Nikomu nic wcześniej nie mówiłam i choć fizycznie przyjechałam na spowiedź, nie wierzyłam, że ktokolwiek i cokolwiek jest wstanie mi jeszcze pomóc. Z drugiej jednak strony wiedziałam, że muszę zacząć szukać pomocy; sama już nie wiedziałam, jak poukładać to, co miałam w głowie i jak pozbyć się chorej wyobraźni. Nigdy nie miałam taty, fizycznie był obecny, ale nie otrzymałam od niego ani poczucia ciepła, ani poczucia bezpieczeństwa. A tego potrzebowałam jako mała dziewczynka. Moja mama zmarła, gdy miałam 17 lat i to jeszcze bardziej zamknęło mnie w sobie. Wiele tematów w domu było tematami tabu, nie umiałam rozmawiać i nigdy nie rozmawiałam o sobie, o tym, co czuję, co przeżywam, co dzisiaj robiłam. Tak zaczęła się moja droga z księdzem Bogdanem. Dla mnie to jest przede wszystkim droga zaufania i prawdy. Nigdy nikomu nie ufałam. I tego właśnie uczę się z księdzem. Na początku w spowiedzi opowiedziałam w szczegółach, co działo się kiedyś w moim życiu. To nie był łatwy czas, ale gdzieś czułam, że nie ma innej drogi. Że najpierw trzeba wyrzucić to wszystko, co nas bolało, ten cały ocet, aby potem móc się cieszyć, aby pozwolić sobie na życie piękniejsze i aby uwierzyć, że jestem mądrą, piękną i wartościową kobietą. Na początku ksiądz tylko mnie słuchał i zrozumiałam wtedy, że jest ktoś, kto uwierzył w moją historię, dla kogo nie jest ona sensacją, że jest ktoś, kto mi uwierzył. To sprawiło, że coraz bardziej nabierałam zaufania. Do dzisiaj jest to dla mnie cudem, bo to przecież kapłan, a ja już nie chciałam mieć z księżmi nic wspólnego. Każdego dnia opowiadam, co się u mnie zadziało i co czułam. Jeśli czegoś nie wiem, staram się też pytać, uczyć na nowo, czasami wszystkiego od podstaw. Nie miałam żadnego kontaktu z własnym ciałem. Żyłam w nim, ale wyparłam ze świadomości wszystkie te części, których księża dotykali. Tym, za co jestem najbardziej wdzięczna, jest to, że dzięki moim rozmowom z księdzem Bogdanem i spowiedziom św. udało mi się stworzyć na nowo relację z moim ciałem. A to przekłada się na moją pewność siebie. To była ciężka praca, kiedy uczyłam się nazywać wszystkie partie ciała, opisywać, jakie one są i do czego służą. Kiedy pierwszy raz spojrzałam na swoje piersi i kiedy pierwszy raz dotknęłam swojego ciała podczas mycia. Dzisiaj czuję się bardziej przy sobie. Jako jedność. Czuję, że moje ciało i moja dusza bardziej są jednością. Dzisiaj już mniej opowiadam o tym, co działo się kiedyś. Nie neguję wyrządzonej mi krzywdy, ale staram się już nią nie żyć. Dzisiaj staram się od księdza Bogdana uczyć tego nowego, codziennego życia. Głównie poprzez rozmowy, które dają mi pewność i siłę. Nawet jeśli wiem, że będą jeszcze trudne momenty, wiem również, gdzie mam szukać pomocy. Najważniejsze jest dla mnie mieć o sobie dobre zdanie, wierzyć w siebie i swoją pewność co do piękna. Bardzo ważne jest też to, że wiem, że jest ktoś, kto mi zawsze pomoże, do kogo mogę się zwrócić. Ktoś, kto po prostu jest, jeśli tylko jestem ja. Bo to ja muszę chcieć przede wszystkim zmian dla siebie. Tego też się nauczyłam. Nie jestem tu dla księdza, rodziny, koleżanek, ale dla siebie. Ksiądz Bogdan stał się z czasem moim Tatą. Moja relacja z księdzem jest dla mnie zadośćuczynieniem przeszłości. I powoli odzyskuję wiarę w kapłaństwo.

Pierwszy raz usłyszałam o księdzu Bogdanie w 2009 roku, kiedy mój obecny mąż mówił świadectwo na temat stałego spowiednika. Wtedy w ramach formacji we wspólnocie dostaliśmy zeszyty, w których mieliśmy zapisywać swoje rozważania. Dopiero teraz rozumiem, jak to jest ważne. Po latach, gdy zaczęliśmy być parą, Michał coraz częściej wspominał o księdzu. Po pewnym czasie „chodzenia” zaproponował mi, abyśmy razem pojechali do Księdza, ale był to już moment, kiedy dość mocno czułam, jak ogromną robotę Michał robi ze swoim spowiednikiem i nawet jak się kłóciliśmy, wspominałam mu, aby pogadał z Księdzem… Nie byłam jeszcze świadoma, że te słowa będą tak często padały w naszym życiu. Do Michała od samego początku miałam niesamowicie duże zaufanie. W momencie kiedy mi zaproponował, abym zastanowiła się nad pracą z księdzem, stwierdziłam, że „OK” i dzięki mojej relacji z Michałem czułam się bardzo bezpiecznie w relacji z Księdzem, chociaż nie ukrywam, że gdyby nie zaufanie i gdybym mocno analizowała to wszystko, co się dzieje, a nie brała tego jako dobrą kartę, to obawiam się, że mogłabym dość szybko się z tej relacji wycofać.

Jedna z moich najbardziej przełomowych rozmów z Księdzem miała miejsce, gdy wykrzyczałam mu, że daję czas Michałowi na oświadczyny do końca czerwca… Nigdy nie zapomnę tej, jak i wielu innych rozmów. Jedną z rzeczy, którą przepracowywałam z Księdzem, ale czułam opór i bunt, była moja cielesność. Do momentu poruszenia tego tematu myślałam o sobie jako o osobie bez kompleksów… Jakie było moje zdziwienie w momencie, kiedy dostałam zadanie do zrobienia, w którym miałam opisać swoje ciało. Teraz, kiedy jestem żoną i matką, jestem niezmiernie wdzięczna za tę pracę… Dało mi to dużo wolności i pewności siebie podczas porodu, karmienia piersią, ale i podczas bliskości z mężem, której wciąż się uczę. Co mi najbardziej dała ta relacja? Pierwszy raz w życiu zastanawiam się, czego JA chcę. Nie czego oczekują ode mnie inni, nie co wypada… Odkrywam KIM mnie stworzył Pan Bóg i jakie są moje pragnienia. Przestałam idealizować rodziców, znajomych, innych ludzi, a nade wszystko samą siebie. Zaczęłam dostrzegać słabości i przestałam się ich… bać i od nich uciekać. Dzięki temu, że powoli przestaję wypierać rzeczywistość, brać ją w całości, a nie żyć w jakiejś równoległej rzeczywistości. Coraz bardziej zaczynam żyć pełnią i JESTEM SZCZĘŚLIWA.

Ksiądz stał się dla mnie jedyną na świecie osobą, której mogę powiedzieć wszystko. Czasami jest tak, że sama siebie przekonuję, że naprawdę mogę to zrobić i kiedy uda mi się przełamać tę barierę, to jak do tej pory zawsze przynosi to niesamowite owoce. Dzięki temu, że Ksiądz jest w naszym życiu, czuję się bezpiecznie. Wiem, że jest ktoś, kto pomoże mi, mojemu mężowi i naszym dzieciom. Przy księdzu uczę się podstawowych rzeczy. Prawa do swoich emocji, dawania sobie prawa do odpoczynku i prawdziwego dbania o siebie. Uczę się, jak gospodarować swoim czasem, jak ogarniać emocje i jak mówić do męża, żeby było to budujące, a nie raniące. Przeżyłam już z Księdzem parę burz hormonalnych i epizodów emocjonalnej jazdy bez trzymanki. Praca z Księdzem na przestrzeni tych lat wyglądała różnie. Był taki czas, że jeździłam do niego na parę godzin kilka razy w tygodniu, a przychodził taki czas, że udawało mi się zadzwonić tylko raz w miesiącu. Dobrze mi jest, kiedy nie wypadam z rytmu regularnych rozmów. Nie jest to czas, w którym czuję się komfortowo, bo Ksiądz porusza ciężkie dla mnie tematy, moje rany, ale to jest jedyna droga do zmiany. Po prostu „musisz gadać, kobieto”. Przez cały ten czas dowiaduję się, że jestem ważna, że mam prawo mieć pragnienia i marzyć. Widzę, jak wiele jest we mnie schematów, które wyniosłam z domu, a których nie chcę wpoić mojej córeczce. Chcę uciąć coś, co było przekazywane z pokolenia na pokolenie, a zdecydowanie nie jest niczym dobrym. Przychodzą do mnie wspomnienia, które bardzo mnie ranią, ale wiem, że mogę z tym zadzwonić do Księdza, że mam męża, który ma już wiele rzeczy w sobie przepracowanych i rozumie, czemu czasem mam ochotę krzyczeć w pozornie spokojnej sytuacji. Wciąż uczę się, jak nie być sędzią, żyć własnym życiem i zajmować się „własnym ogródkiem”. Uczę się, po co coś robię, po co coś mówię i co do kogo mówię. Zadanie to dostałam kilka miesięcy temu… Dopiero teraz uczę się znajdować czas dla siebie, pomimo niemowlaka w domu. Uczę się również, że porządek w domu nie jest ważniejszy od ŻYCIA.

Wychowałem się w rodzinie, w której alkohol był, choć nie lał się strumieniami. Mój tata był alkoholikiem, człowiekiem doświadczonym przez życie. Relacje w rodzinie były trudne, mało było miejsca na wzrastanie do samodzielności. W moim rodzinnym domu nauczyłem się, niestety, że moje potrzeby i marzenia są mało ważne, że należy je poświęcać w imię „większego dobra”, jakim był chwilowy spokój. Nie nauczyłem się za to pewności siebie. Odnosiłem wrażenie, że moja wartość jako człowieka jest mierzona osiągnięciami w nauce.

Kiedy zacząłem szkołę średnią, w moim rodzinnym domu sytuacja bardzo się pogorszyła. Nie było dnia bez picia, wybuchały częste awantury, dochodziło do rękoczynów. Była wzywana policja. W wakacje 2007 roku moja mama i dwie siostry wyjechały na obóz do Sulęczyna, a ja zostałem sam z tatą. Po dwóch dniach krzyków i picia musiałem wybiec z domu i pojechać na obóz. Był to dla mnie przełomowy moment. Od września 2007 roku uczęszczałem na spotkania grupy samopomocowej Alateen. Początkowo głównie po to, żeby udowodnić, że wcale ich nie potrzebuję. Dopiero po dłuższym czasie dzielenie się na grupie zaczęło powodować zmiany we mnie. Zyskiwałem pewność siebie i spokój.

Na początku pracy na grupie myślałem, że gdyby mój tata za dotknięciem czarodziejskiej różdżki przestał pić, to wszystkie problemy rozwiązałyby się natychmiast. Nie dostrzegałem wtedy jeszcze, że to ja sam muszę pracować nad sobą, muszę poznawać braki miłości, które są we mnie i uczyć się, jak tak naprawdę powinien zachowywać się mężczyzna, mąż i ojciec. Upłynęło dużo czasu, zanim w sakramencie spowiedzi zacząłem mówić Panu Bogu, poprzez księdza, to co naprawdę jest we mnie – nie tylko listę grzechów i uchybień, ale też tego, co mi się udało, tego czego się obawiam, z czym sobie nie radzę lub czego nie wiem. Tak naprawdę od tej chwili zaczęło się na dobre moje zdrowienie. Zacząłem poznawać samego siebie.

Kiedy w moim życiu pojawiła się Marta (teraz moja ukochana żona Marta), nie wiedziałem, co mam robić ze swoimi uczuciami. Co mam wybierać, czy mam prawo do zakochania, do odczuwania przywiązania, zauroczenia, pociągu. W tym czasie ksiądz Bogdan stał się dla mnie tak jakby zastępczym ojcem, z którym mogłem swobodnie porozmawiać i poczuć się wysłuchanym. Kiedy moja relacja z Martą rozwijała się, potrzebowałem wielu rozmów, wiele czasu w konfesjonale, aby nabrać spokoju i pewności siebie na drodze do małżeństwa. Był to dla mnie czas przekształcania się z chłopca z mężczyznę.

Krótko po ślubie wyjechaliśmy na półtora roku za granicę. Odbieram te 18 miesięcy jako błogosławiony czas uczenia się siebie nawzajem i pracy nad relacją małżeńską. W tym czasie urodziła się też nasza córka. Bardzo polecam wszystkim młodym małżeństwom takie oderwanie się od swojego dotychczasowego świata, rodzin, znajomych itd. na rzecz budowania nowego, własnego domu. Mimo różnych trudności w tym czasie czułem Bożą opiekę i błogosławieństwo. Wszystkie sprawy, które nas początkowo przerastały, na które nie mieliśmy wpływu, same się rozwiązywały w pomyślny sposób. Był to dla mnie czas uczenia się zaufania Bogu i oddawania się Jego kierowaniu.

Do Polski wróciliśmy w styczniu 2019 roku. Dwa tygodnie po naszym przylocie mój tata zmarł nagle na zawał serca. Przed śmiercią miał dobry czas – próbował naprawiać relacje zniszczone przez alkohol. Chociaż moja praca na grupie miała i dalej ma na celu zmienianie mnie samego, to wierzę, że ten mój rozwój oddziaływał też na tatę. Miałem wielką łaskę być z nim w ostatnich chwilach jego życia, pożegnać się i, po raz kolejny, przebaczyć mu wszystkie zranienia.

Cały czas uczestniczę w spotkaniach Al-Anon. Z czasem odkrywam nowe sfery, w których muszę pracować nad sobą, aby stawać się dobrym, wyrozumiałym i kochającym dla siebie, dla żony, córki i innych ludzi. Ostatnio uczę się dbania o czas dla siebie, na swój odpoczynek i rozwój. W pracy pomaga mi spowiedź i możliwość rozmowy z zaufaną osobą. Często gdy mam problem, wystarczy mi, że wypowiem coś głośno do drugiego człowieka, żeby myśli same poukładały się w głowie.

Nawet w czasie pandemii spotykamy się (przez internet), żeby dzielić się doświadczeniem, siłą i nadzieją. To daje mi poczucie, że nie jestem sam i że idę we właściwym kierunku.

4 sierpnia 2017

Nasz ślub

 

8 sierpnia 2017

Tu ma miejsce pierwsza wizyta u księdza Bogusława spowodowana poczuciem bezradności wobec tego, co dzieje się w moim życiu. Chcę się dowiedzieć, co mam robić, aby mój mąż wyszedł z uzależnienia. Czuję dystans do osoby Księdza. Mam w sobie dużo niepewności, strachu i poczucia winy. Czuję panujący wokół mnie chaos, zamęt, histerię. Rozmowa z Księdzem, jego spokój i pewność wypowiadanych słów sprawia, że ja też trochę się uspokajam i doznaję chwilowej ulgi. Słowa: „Nie ma bagna, z którego nie da się wyjść” dają mi nieco nadziei i siły. Sierpień to czas, w którym dzięki rozmowom z Księdzem zyskuję świadomość, że nie mam mocy, aby zmienić czy uzdrowić mojego męża, ale mogę pracować nad sobą. Postanawiam tę pracę podjąć, nie zdając sobie do końca sprawy, na czym ona będzie polegała i że będzie kosztowała sporo trudu. Przystępuję do spowiedzi. Wcześniej bardzo rzadko korzystałam z tego sakramentu, a w ostatnich latach nie korzystałam wcale. Spowiedź obejmuje całe życie i jest pierwszą tak szczegółową i szczerą. Wymaga to powrotu do bolesnych i wstydliwych wspomnień, o których wcześniej z nikim nie rozmawiałam. Ksiądz wskazuje mi obszary, na których mam się skupić. Słyszę, że należy wyczyścić moją duszę z przeszłości oraz że łaska buduje na naturze, a więc najpierw należy skupić się na tym, co cielesne, a następnie na tym, co duchowe. Dzięki Księdzu zaczynam regularnie chodzić na grupę Al-Anon, poznaję piękny Program Dwunastu Kroków i utwierdzam się w przekonaniu, że nie mam mocy, aby zmieniać innych.

Do tej pory rzadko brałam udział w mszy świętej, a jeśli już, to nigdy nie korzystałam z sakramentu Eucharystii, bardzo rzadko modliłam się. Razem z mężem zaczynamy wzmacniać więź z Panem Bogiem przez udział w coniedzielnej mszy świętej i przyjmowanie komunii świętej oraz wspólną modlitwę w domu.

 

Wrzesień 2017

Czas, w którym dość rzadko rozmawiam z Księdzem. Powodem są obawy i brak świadomości, że częste rozmowy są niezbędne w mojej pracy nad sobą. Cały czas mam w sobie dużo strachu, smutku i poczucia winy. Pierwszy raz w życiu czuję bardzo duży głód Eucharystii.

 

Październik 2017

Mimo że rozmowy z Księdzem są dla mnie czymś nowym i mam duży dystans w poruszaniu wstydliwych tematów, zaczynam sobie uświadamiać, że warto pokonywać swoje obawy. Widzę, że Ksiądz mnie słucha i nie potępia, to dodaje mi odwagi. Często spowiadam się i staram się korzystać z każdej okazji do przyjęcia Ciała Chrystusa.

 

Listopad 2017

Zaczynam zauważać, że dzięki regularnym rozmowom i pokonywaniu swojego wstydu czy strachu coś zaczyna się zmieniać, czuję więcej spokoju, mam więcej pewności w tym, jak postępować i co jest dobre. Czuję, że idę do przodu i jestem na dobrej drodze. Z czasem przekonuję się, że mogę mówić o wszystkim i mam coraz większe zaufanie do Księdza. Stał się moim autorytetem, przewodnikiem, powiernikiem, przyjacielem. Dalej oczyszczam duszę przez szczerą spowiedź. Stopniowo zaczynam zmieniać swoją świadomość tego, do czego służą poszczególne części ciała, jak powinnam je nazywać i traktować. Zaczynam uczyć się przeżywać takie uczucia jak złość czy gniew, nie tłumić ich, nie mieć poczucia winy, kiedy występują. Czuję wdzięczność wobec Boga za życie i za to, co mnie otacza, a w mojej modlitwie jest więcej podziękowań.

 

Grudzień 2017

Kolejny raz przystępuję do szczegółowej spowiedzi z przeszłości. Mam znacznie większą swobodę podczas rozmów i spowiedzi dotyczących najbardziej wstydliwych kwestii, a także coraz większe zaufanie do Księdza. W niektórych chwilach czuję się jak małe dziecko, a Księdza postrzegam jako Tatę. Mam coraz większą świadomość, kim jestem, skąd idę, jaką pracę muszę wykonać, o co chodzi w tej pracy, jakie mam części ciała i do czego mają służyć. Zdaję sobie sprawę, że dorastałam w rodzinie z problemem alkoholowym oraz z tego, że myślałam, że ciągle muszę pokazywać, jaka jestem wartościowa, żeby zasłużyć na miłość. Przychodzą też chwile, w których czuję duży strach. Boję się, że nie dam rady, że nie będę miała wystarczająco dużo siły. W tych momentach chcę zrezygnować, przestać działać i wrócić do wcześniejszego życia. Przychodzą też chwile, w których wraca strach przed Księdzem. Jednak kiedy pokonuję swoje obawy, czuję się coraz pewniej oraz mam większą radość z wykonywanej pracy.

Maleje potrzeba skupiania się na uzależnieniu mojego męża, a nasze relacje stają się lepsze. Zaczynam uczyć się komunikacji, jasnego mówienie o tym, czego chcę, a czego nie i co czuję. Spędzamy coraz więcej radosnych chwil i mniej się kłócimy. Zmienia się mój obraz bliskości i fizyczności w małżeństwie.

Do tej pory w czasie świąt Bożego Narodzenia ważne były dla mnie porządki, prezenty i czas spędzony z bliskimi. W 2017 roku po raz pierwszy skupiam się na tym, że będę świętować przyjście Zbawiciela i przystępuję do spowiedzi, aby móc przeżywać radość w pełni, z czystym sumieniem. Pierwszy raz spędzam Wigilię w domu, czytam Pismo Święte, biorę udział w pasterce i czuję podziw dla postawy i wiary Matki Boskiej. Razem z mężem zaczynamy modlić się przed wspólnymi posiłkami.

 

Styczeń 2018

Dzięki ciągłemu przeskakiwaniu mojego strachu traci on znacznie na sile. Powoli buduję nowy obraz mojego ciała jako wartościowego, czystego i pięknego. Dzięki temu, że strach jest coraz mniejszy, a zaufanie do Księdza coraz większe mam więcej pewności siebie i radości z wykonywanej pracy. Ksiądz jest dla mnie powiernikiem, przewodnikiem, autorytetem, przyjacielem, a coraz częściej również dobrym Tatą. Uczę się tego, że jestem wartościową kobietą niezależnie od tego, czy mój mąż mówi mi dobre słowa czy nie. Potrafię skupić się na sobie i swoim małżeństwie, nie angażując rodziców. Nie staram się za wszelką cenę być dobrą córką i nie mam z tego powodu poczucia winy.

 

Luty 2018

Pierwsza Środa Popielcowa, podczas której pościłam, byłam na mszy świętej i sypałam głowę popiołem. Czułam bardzo dużo radości, że tak przeżyłam ten dzień. Pierwszy raz uczestniczyłam w Drodze Krzyżowej i Gorzkich Żalach i pierwszy raz kontemplowałam mękę i śmierć Chrystusa, odczuwałam prawdziwy smutek i zadawałam sobie pytanie, gdzie jestem ja, czy mam odwagę przyznać się do Pana? Kolejny raz podziwiałam postawę i wiarę Matki Boskiej. Przeżycia te wzmacniają moją chęć do walki ze swoimi słabościami, do nawracania się, do leczenia moich poranień.

 

Kwiecień 2018

Dowiaduję się, że jestem w stanie błogosławionym. Radość jest ogromna. Już jakiś czas temu, dzięki szczerym rozmowom z Księdzem Bogdanem o moim strachu przed ciążą, udaje mi się go pokonać i otworzyć na przyjęcie życia. Radosną nowiną dzielę się z mężem. Postanawiamy zachować tę radość tylko dla siebie przez najbliższych kilka tygodni.

 

Lipiec 2018

Wyjeżdżam na obóz w Sulęczynie organizowany przez księdza Bogusława. Odbywa się on na terenie gospodarstwa państwa Lehmannów. Po kilku dniach przyjeżdża również mój mąż. W pierwszych dniach odnajduję się w obozowej rzeczywistości. Uczę się żyć z innymi ludźmi. Cieszą mnie wspólne posiłki, katechezy, modlitwa, msze święte, wyjścia nad jezioro, pogodne wieczory, przebywanie na świeżym powietrzu, chodzenie boso. Obserwując innych, uczę się, jak mogą wyglądać relacje mąż–żona, rodzic–dziecko. W czasie trwania obozu odwiedza nas biskup pomocniczy Zbigniew Zieliński, który podczas mszy świętej błogosławi nasze małżeństwo. Jest to dla mnie wzruszająca i radosna chwila. Po powrocie do domu mam poczucie, że był to owocny wyjazd. Zastanowiłam się nad ważnymi kwestiami, dużo nowego dowiedziałam się o sobie i bardzo wypoczęłam.

 

Sierpień 2018

Razem z mężem wyjeżdżamy do Lichenia. Piękne i rozległe sanktuarium robi na mnie ogromne wrażenie. 4 sierpnia w pierwszą rocznicę naszego ślubu bierzemy udział w mszy świętej w intencji małżeństw i rodzin, odnawiamy też naszą przysięgę małżeńską. Myślę w tym czasie, ile już zmieniło się w naszej relacji i czuję się bardzo szczęśliwa.

 

Październik 2018

Zaczynam trzeci trymestr ciąży. Dziecko i ja jesteśmy zdrowi, od jakiegoś czasu czuję już jego ruchy, jest to dla mnie ogromną radością. W rozmowach i spowiedzi zostawiam swoje niepokoje, co pozwala mi przeżywać czas ciąży spokojniej. Uczę się cieszyć z łaski, jaką otrzymałam oraz zmian, jakie zachodzą w moim ciele. Cały czas pracujemy z mężem nad naszą relacją. Uczymy się ze sobą rozmawiać i budujemy swoją bliskość.

 

Grudzień 2018

Termin porodu jest coraz bliżej. Czuję się coraz bardziej przejęta tym, jak sobie poradzę i czy wszystko przebiegnie dobrze. W zachowaniu spokoju pomaga mi regularna spowiedź i rozmowa o tym, co czuję z księdzem Bogdanem.

Przychodzi dzień, w którym rodzi się nasze pierwsze dziecko. 17 grudnia 2018 roku pierwszy raz mogę przytulić swoją piękną córeczkę Polę. Jest to tak niezwykłe przeżycie, że ciężko opisać je słowami. Chwila, kiedy pierwszy raz leży na moim brzuchu, jest bezcenna. Radość i wdzięczność za łaskę, którą otrzymałam, jest wielka. Czuję, że ten moment był wart każdego bólu. Podczas porodu towarzyszy mi mój mąż. Jest dla mnie nieocenionym wsparciem, otacza mnie opieką, a ja czuję się bezpiecznie. Czas, jaki poświęciliśmy do tej pory na naukę wzajemnej miłości, przynosi teraz niesamowite owoce. Potrafię mu zaufać i nie wstydzę się tego, co się ze mną dzieje. Dzięki pracy nad relacją do mojego ciała jestem w stanie odbierać sygnały, jakie wysyła mi podczas porodu. Po wszystkim czuję ogromną satysfakcję, jestem wdzięczna za moje ciało, za to, że mam piękne dziecko, za to, że mój mąż otoczył mnie troską.

Nasza córka jest już na świecie, a ja czuję, że kocham ją bardzo i nie mogę nacieszyć się jej obecnością. W pierwszych dobach dokładam wszelkich starań, aby wspomóc laktację, bo bardzo pragnę karmić piersią, na szczęście w tej kwestii wszystko idzie dobrze i po raz kolejny czuję ogromną wdzięczność, za to jak mnie Pan stworzył.

 

Styczeń 2019

Czas ciąży, porodu i laktacji jest dla mnie bardzo dobry do ćwiczenia relacji ze swoim ciałem. Tu odkryłam, że jest ono nie tylko czyste, ale też wspaniale stworzone i przygotowane do tego, aby wypełnić jedną z najważniejszych ról, jaką jest przekazanie życia. Inaczej zaczęłam postrzegać zwłaszcza te najbardziej intymne miejsca: krocze jako sanktuarium i początek życia, piersi, które są piękne, bo dają mojemu dziecku pokarm, ciepło i poczucie bezpieczeństwa. Pierwsze chwile, kiedy karmię moją córeczkę, a ona wpatruje się we mnie dużymi ciemnymi oczami są dla mnie wspaniałym wspomnieniem.

Mijają kolejne dni, a ja uczę się nowej roli. Dni i noce wyglądają zupełnie inaczej niż do tej pory. Napotykam pierwsze trudności i zaczynam wątpić, czy potrafię być dobrą mamą. Rozmawiam o tym, co przeżywam z księdzem Bogdanem. Dodaje mi to siły i wiary we własne możliwości oraz pomaga wyciszyć emocje. Upewniam się, że to, co czuję, jest normalne, że ja jestem normalna. Uczę się nie obwiniać się za swoje trudne emocje.

Czas połogu jest kolejną okazją do budowania relacji z samą sobą. Obserwuję zmiany, jakie zachodzą w moim ciele i po raz kolejny czuję, że potrafię je kochać i być za nie wdzięczna.

 

Marzec 2019

Z radością i dumą obserwuję, jak nasza córka się rozwija. Cały czas uczę się przekazywać opiekę nad nią mojemu mężowi oraz tego, że moje dziecko nie jest moją własnością. Często brak mi pewności i mam poczucie, że nie jestem wystarczająco dobrą mamą. Czuję się zmęczona i trudno dopasować mi się do nowej sytuacji. Jednak z biegiem czasu i dzięki szczerej spowiedzi, w której zostawiam wszystkie moje troski, czuję się coraz lepiej. Nabieram pewności, że jestem piękną mamą i uczę się tym cieszyć.

 

Czerwiec–sierpień 2019

Razem z mężem i półroczną córką bierzemy udział w pielgrzymce organizowanej przez księdza Bogdana. Odwiedzamy m.in. sanktuarium Matki Boskiej Gidelskiej, Sanktuarium Matki Boskiej Częstochowskiej na Jasnej Górze oraz Sanktuarium Pasyjno-Maryjne w Kalwarii Zebrzydowskiej. Przeżycia duchowe są wspaniałe, a radość bardzo duża. Wraz z nami w pielgrzymce biorą udział inne rodziny z dziećmi, więc mam okazję uczyć się od nich. Następnie całą rodziną po raz drugi bierzemy udział w obozie w Sulęczynie na terenie gospodarstwa państwa Lehmannów. To kolejna okazja do refleksji i modlitwy. Znów mogę obserwować innych uczestników obozu i uczyć się od nich. Podczas wspólnych rozmów mogę dzielić się swoimi przeżyciami i słuchać o doświadczeniach innych. Razem z rodziną odbywamy kolejną pielgrzymkę po Gdańsku. Ma ona swój początek w Archikatedrze Oliwskiej, a celem jest Sanktuarium Matki Bożej Brzemiennej w Matemblewie. Jest to dla mnie kolejny wyjątkowy moment, w którym mogę podsumować swoje życie i podziękować za otrzymane łaski.

 

Grudzień 2019

Od jakiegoś czasu obserwuję u siebie objawy, które wskazują na to, że jestem w stanie błogosławionym. Teraz ta nowina potwierdza się, a ja dzielę się radością z mężem. Po raz drugi zaczyna się dla mnie piękny czas oczekiwania, obserwacji zmian jakie zachodzą we mnie i radości z rozwijającego się nowego życia. Razem z mężem i córką spędzamy Wigilię w naszym domu. W ramach przygotowań gotujemy kilka dań i ubieramy choinkę. Nasza córka jest bardzo zafascynowana drzewkiem i ozdobami, a ja obserwuję jej radość i cieszę się razem z nią. Jednak to co jest dla mnie największą radością to moja pewność co dla mnie jest w tym czasie najważniejsze. Narodziny Zbawiciela i kolejny moment aby zastanowić się nad swoim życiem.

 

Styczeń 2020

Mam poczucie, że ostatni czas jest dla mnie czasem dużych zmian i odkryć. Zbieram słodkie owoce swojej pracy. Przede wszystkim czuję się dużo bardziej pewna siebie, spokojna i bardzo, bardzo wdzięczna. Wiem, że dzięki zmianie mojej postawy zmienia się też moja rodzina, a atmosfera panująca w domu jest dużo lepsza. Mam świadomość, że to ja dzięki swojej życzliwości tworzę tę lepszą atmosferę. Spokojna mama to spokojny dom. Umiem już przyjąć zupełnie inną postawę w relacji do mojego męża. Moja miłość naprawdę zaczyna być taka, jakiej pragnę: cierpliwa, łaskawa, nieszukająca swego i niepamiętająca złego. Potrafię już nie udowadniać swoich racji, nie krytykować, nie kontrolować, mówić łagodnym tonem. Po czasie, kiedy trochę zaniedbaliśmy wspólną bliskość, znów zaczynamy ją pielęgnować, a nasze małżeństwo pięknieje. Moje dzieci są dla mnie ogromną radością, nie mogę się nacieszyć tym czasem, kiedy są przy mnie. Ciągle staram się też pamiętać, że dane są mi tylko na chwilę i od momentu narodzin z każdym dniem stają się coraz bardziej samodzielne, a jedną z najlepszych rzeczy, jakie mogę dla nich uczynić, jest pozwolić im na to. Porównując czas pierwszej i drugiej ciąży, widzę, że czuję się bardziej spokojna, wszystko jest już jakby bardziej znane. Czuję wielką wdzięczność za to, że jestem piękną, mądrą kobietą, mam wspaniałego męża i wspaniałe dzieci oraz mądrych ludzi naokoło. Dziękuję Panu za te wszystkie łaski. Wiem, że pielęgnowanie w sobie tej wdzięczności jest mi bardzo potrzebne, bo daje mi wielką radość, pogodę ducha i energię do podejmowania dalszego wysiłku. Dziś też wiem, że moja praca jest pracą na całe życie, bo jeśli zaprzestanę dbać o swój rozwój, nastąpi regres. Mam też ogromną motywację do tego, aby się nie poddawać. Teraz, kiedy doświadczam tych wszystkich zmian, nie chcę już wracać do poprzedniego stanu. Jestem przekonana, że regularna spowiedź u jednego spowiednika, coniedzielna Eucharystia, codzienna modlitwa i mityngi to filary mojego zdrowienia. Radość i ciekawość życia, jaką odczuwam, są tak wielkie, że chwilami trudno mi uwierzyć, że mogę tak pięknie żyć. Boża radość jak rzeka!

 

Kwiecień 2020

Ukończyłam studia II stopnia na kierunku finanse i rachunkowość oraz obroniłam pracę magisterską. Wszystko to dzieje się za namową i przy wsparciu księdza Bogdana. Jeszcze do niedawna trudno mi było uwierzyć, że dam radę to zrobić. Wydarzenie to dodaje mi pewności siebie i wiary we własne umiejętności. To kolejny moment w moim życiu, który daje mi poczucie, że jestem mądrą i wartościową kobietą. Czuję się dumna z tego, że udało mi się połączyć różne obowiązki. Odczuwam też wielką wdzięczność i radość, że cały czas mam wsparcie mądrych ludzi i Boga.

W moim domu odkąd sięgam pamięcią, był alkohol. Na wydarzeniach i spotkaniach rodzinnych zawsze pojawiały się butelki z trunkami. Moje domostwo było chore przez alkohol. Często dochodziło do kłótni między rodzicami, czego z rodzeństwem bardzo nie lubiliśmy i baliśmy się agresji ojca. Młodsze rodzeństwo skutecznie skupiało uwagę rodziców, przez co czułem się odstawiony na boczne tory. Spowodowało to jedną wpadkę, po której miałem konflikt z prawem. Później pojawił się hazard i uzależnienie od niego. Obecnie ojciec nie pije od 13 lat. Moje intensywne granie trwało około pięciu lat, a przygoda z hazardem zaczęła się 10 lat temu, po osiągnięciu pełnoletniości. Odbyłem dwie terapie, które nie przyniosły żadnych efektów w wyleczeniu mnie z choroby. Moja żona dowiedziała się o mojej chorobie po dwóch dniach od naszego ślubu. Dowiedziała się, jak ją oszukiwałem, kłamałem, zmyślałem i powtarzałem historie kolegów. Nie jestem w stanie sobie wyobrazić, jak ją skrzywdziłem i ile bólu jej zadałem.

Jako ostatni ratunek dla naszego małżeństwa, a przede wszystkim swojego życia, postanowiliśmy udać się do ks. Bogdana. Jako że ten duszpasterz zajmuje się uzależnieniami, błagalnie prosiłem go o pomoc. Słowa, jakie usłyszałem, były następujące: „Nie ma bagna, z którego nie da się wyjść. To zależy tylko od ciebie, czy chcesz wygrać życie”. Jak się później okazało, ks. Bogdan nie tylko skupił się na mojej chorobie, ale rozpoczął z nami pracę także nad naszym małżeństwem. Kiedy duszpasterz zapytał, czy mam coś przeciwko, abym z nim rozmawiał na takie tematy, jak: współżycie, budowanie relacji między kobietą a mężczyzną, rozmowa o fundamentach zdrowej rodziny, otworzyłem szeroko oczy, będąc zdziwionym oraz zastanawiając się, co ksiądz może o tym wiedzieć. Nie zwlekając, odpowiedziałem TAK, starając się użyć przekonującego tonu, będąc jednocześnie całkowicie zmieszanym. Przede wszystkim musiałem zaufać, że to mnie uratuje. Praca zaczęła się od pójścia na grupę opierającą się na 12 Krokach, która pomaga mi leczyć moją chorobę. Informacji, jakie zacząłem uzyskiwać podczas rozmów z księdzem, nie dostałem ani od rodziców, ani w żadnej ze szkół. To właśnie Ksiądz uświadomił mi, jaki powinien być mąż, ojciec, jak powinna wyglądać moja relacja z żoną. Przypomniał również, że praca nad ciałem musi być równoważna z pracą nad duchem. Człowiek to ciało i dusza, które muszą stanowić jedno, że trzeba zbliżyć się do Boga. Podczas spotkań dowiedziałem się, co jest dla kobiety bardzo ważne, aby posiadał jej mąż. Jakie zachowania powinny być w zdrowym związku, czego kobieta oczekuje od mężczyzny, jak rozumiana jest jej psychika, że życie w małżeństwie to wszystkie małe gesty i krótkie chwile, które budują wielką miłość. Dzięki Księdzu staram się wrócić do Boga i trwać przy nim tak jak za młodu, kiedy pełniłem ministranturę w parafii ks. Bogdana. Staram się teraz pilnować, aby to właśnie ks. Bogdan był moim spowiednikiem, co może ułatwić drogę do wygrania życia. Spotkania z nim dają bardzo dużo pozytywnej energii i motywują do działania. Jeśli ktoś jakiś czas temu powiedziałby mi, że właśnie z Księdzem będę odkrywać wszystkie tajniki wygrywania życia i budowania małżeństwa, spojrzałbym na tę osobę pogardliwie. Dzisiaj jednak wiem, że z całą pewnością mogę polecić takie spotkania, ponieważ dzisiaj traktuję Księdza jako przyjaciela i przewodnika. Jest to bardzo budujące, że właśnie od duszpasterza można uzyskać te wszystkie informacje, których zabrakło mi w domu i szkole. Ksiądz jako przykład życia dla Boga może pomagać ludziom w wielu sprawach, a przede wszystkim pomagać żyć przy Bogu. Uważam, że każdy ksiądz w swojej posłudze powinien bez żadnej „krępacji” zaznajamiać się z wszelką tematyką budowania rodzin i pomagać ludziom, którzy nie wiedzą, co zrobić ze swoim życiem. Ważne jest, aby na siłę nie pomagać ludziom. Musi być najpierw zbudowane zaufanie, żeby praca przyniosła efekt. Nie można też się wstydzić i przyznać do tego, że w jakimś temacie nie jesteśmy w stanie pomóc i pokierować kogoś w odpowiednie ręce. Dziękuję Bogu za szansę na odbudowanie mojego życia i małżeństwa.

Mam 17 lat. Dwa lata temu moi rodzice wzięli rozwód. Moje problemy z tym związane zaczęły się jednak kilka miesięcy wcześniej, kiedy pierwszy raz o tym usłyszałem. Przez bardzo długi czas myślałem, że wszystko jest w porządku, że mam kochającą rodzinę. Moi koledzy i koleżanki narzekali jak to im źle, bo kogoś przy nich nie ma, są sami, ich rodzice są po rozwodzie. Myślałem wtedy, że to nie ma znaczenia, że dobrym człowiekiem można być bez tego, że bez kawałka rodziny można być szczęśliwym. Czasami nawet myślałem o tym, jak ja bym się zachował, gdyby moi rodzice się rozwiedli, gdybym ich stracił. Kiedy o tym myślałem, byłem pewien, że pokazałbym światu, że da się żyć dalej bez trudu. Jak bardzo się myliłem, wie każda osoba, która przeżyła stratę kogoś bliskiego. Przez to jeszcze bardziej wyrzucałem sobie później winę z powodu rozwodu moich rodziców! Przecież nawet się za nich nie modliłem, a gdybym się modlił? Może by się nie rozwiedli? – myślałem. Kiedy rodzice posadzili mnie i moje rodzeństwo na kanapie i oznajmili nam, że się rozwiodą, nie uwierzyliśmy w to. Czasami o tym zresztą zapominam. Zapominam, że się rozwiedli, po prostu nie jestem w stanie w to uwierzyć. Pamiętam, że tata często zadawał nam pytanie, czy nie chcielibyśmy z nim zamieszkać, ale wtedy nie wierzyliśmy w to, że dojdzie do rozwodu, do końca liczyłem na cud. Rozmawiałem z bratem, że chcę pojechać na rozprawę i powiedzieć, co ja o tym myślę. Nie mogłem jednak, nie byłem zaproszony. Tata „dał” mamie rozwód, bo to ona chciała się rozwieść. I wtedy wszystko zaczęło się zmieniać, przez pewien czas tata mieszkał jeszcze z nami, potem przeprowadził się za Gdańsk. Pod koniec wakacji wprowadził się do nas partner mamy. Jaki to był szok, nikt nas o to nie zapytał, nie zapytano nas o to, czy chcemy z nim mieszkać, po prostu nam to oznajmiono. Nie mieliśmy wyboru. Nie mogliśmy i nie możemy też zmienić decyzji, z kim chcemy mieszkać. Rozmawiałem na ten temat wiele razy z mamą, ale ona zawsze stanowczo mi odmawiała. Na początku bardzo mocno to przeżywałem, nie mogłem zrozumieć dlaczego muszę siedzieć przy jednym stole z człowiekiem, który przyczynił się, jakby nie patrzeć, do rozpadu mojej rodziny. Mama też zaczęła zachowywać się inaczej, przestała siedzieć u góry stołu, oddała to miejsce swojemu partnerowi. Zacząłem się zastanawiać w tamtym momencie, czy gdyby mój tata siedział u góry stołu, był głową rodziny, to czy również doszłoby do rozwodu? Wciąż tego nie wiem. Wciąż jednak odczuwam wielki ból po stracie, po stracie normalności. Nieraz dobija mnie świadomość, że taty nie ma obok, że żeby go zobaczyć w weekend, muszę jechać do niego co najmniej godzinę autobusem, bo mama nie zawsze jest chętna, abyśmy jechali autem. Zresztą przez cały rok po rozwodzie rodzice nie potrafili się porozumieć. Przerzucali swój konflikt na nas, jedno mówiło źle o drugim, a my próbowaliśmy się nie wdawać w ich kłótnie. Nie wierzyć temu, co mówią o sobie nawzajem. Ale to nie to mnie najbardziej zabolało, najbardziej zabolało mnie, gdy usłyszałem po raz pierwszy od mamy, że ona nigdy tak naprawdę nie kochała mojego taty. Załamałem się, bardzo dużo czasu zajęło mi zrozumienie i wybaczenie choć trochę rodzicom i partnerowi mamy. Wciąż jednak dobijały mnie pytania znajomych, szczególnie dziadka, który tak samo jak ja nie rozumiał dlaczego mama zostawiła tatę. Dziadek, jako ojciec taty, również był kwestią sporną, szczególnie że zawsze z tatą zawoziłem mu obiad. Kiedy tata się wyprowadził, mama nie widziała powodu, dla którego miałaby gotować dziadkowi, ja jednak wiedziałem, że jeśli nie zawiozę mu obiadu, to prawdopodobnie nie zje go wcale. Woziłem więc obiad, aż pewnego piątku tata oznajmił, że dziadek zmarł. Pamiętam dobrze pogrzeb, a także pocieszanie mamy. Pamiętam, że mama pojechała z nami na pogrzeb i nawet przytuliła tatę, ale nic się w ich relacji nie zmieniło. Załamałem się wtedy po raz kolejny. Straciłem kolejną osobę i nikogo nie odzyskałem. Nie miałem już z kim rozmawiać i nie chciałem zaczynać z kimś innym, bo uważałem, że tak naprawdę moje zdanie się nie liczy. Straciłem zaufanie do mamy, a tylko ona była w pobliżu. Zamknąłem się w sobie. W międzyczasie ksiądz Bogdan zaprosił mnie na spotkania grupy Alateen, gdzie poznałem nowe osoby. Te spotkania bardzo mi pomogły, zwłaszcza wyjazdy do Sulęczyna, gdzie zderzyłem się z normalnością, ze zwykłymi rodzinami. Same spotkania grupy pozwalają mi spotykać się z ludźmi, których znam, których życie również nie jest takie piękne. Każde spotkanie skłania mnie do przemyśleń, do wracania do tego, co przeżywałem, przeżywam i będę przeżywał. Uczą mnie, że wcale nie jestem wszystkiemu winien, że mam prawo do szczęścia. Bardzo podoba mi się modlitwa, która jest na nich wygłaszana: „Boże, daj mi cierpliwość, bym pogodził się z tym, czego zmienić nie jestem w stanie. Daj mi siłę, bym zmieniał to, co zmienić mogę. I daj mi mądrość, bym odróżnił jedno od drugiego”. Te spotkania pomagają mi się otwierać na przeżywanie moich doświadczeń, ale także na doświadczenia innych. Czerpię z nich wielką mądrość i radość.

         Zawsze wracam z nich pełen wielkiej motywacji do pracy nad sobą i budowania relacji z innymi ludźmi.

UZALEŻNIENIE! Alkoholicy, narkomani, hazardziści, palacze…

NA PEWNO NIE JA!

Od wielu lat zgłębiam problem uzależnienia, od zewnątrz i… niestety od wewnątrz. JESTEM UZALEŻNIONY.

Obecnie lekarze (naukowcy i profesorowie) nie mogą zdiagnozować na co pacjent będzie uzależniony przed wystąpieniem objawów choroby uzależnienia. Jest na to pewna rada. Przedstawię to na podstawie moich kilkudziesięcioletnich doświadczeń.

         Kiedy pojawia się pierwsza myśl, że nie chce mi się tego dalej czytać, to proponuję jeszcze raz przeczytać słowa z tytułu: „Na pewno nie ja”. Jeżeli zabrzmią w Twoim sercu drżąco: „A może…?”, a zaimek „ja” dodasz po chwili, to radzę (życzę) doczytać do końca.

         Uzależniony nie oznacza człowieka, który używa materii, od której jest uzależniony. Często widziałem, że jest wręcz przeciwnie. Zanim nastąpi kontakt z nią, a potem uzależnienie, to samo ich nazwanie: alkohol, narkotyki, hazard, papierosy – wywołują wstręt, agresję i strach przed spotkaniem się z nimi. Także lęk przed zdobywaniem jakichkolwiek wiadomości o uzależnieniu od nich. Często jest też pogarda do osób uzależnionych.

         Bywa i tak, że uzależniony, ale jeszcze nieużywający „uzależniacza”, kiedy widzi kogoś z „uzależniaczem”, podziwia go, imponuje mu i staje się przykładem do naśladowania, zwłaszcza w czasie dojrzewania. Tymi osobami bywają rodzice, nauczyciele i starsi (liczący się w środowisku) koledzy i koleżanki. Wszystko jest do czasu, aż uzależniony nie zostanie „zaobserwowany” w swoim uzależnieniu. Najpierw przez innych. Sam tego nie dostrzeże. Potem za późno przychodzą pytania: Dlaczego ich naśladowałem i podziwiałem? Dlaczego oni się nie uzależnili, a ja tak?

         Uzależnienie jest chorobą. To tak jakby pytać dlaczego ja mam taką alergię, a inni jej nie mają. Z uzależnieniem jest podobnie jak z alergią. Wielu może w lesie brzozowym pracować, odpoczywać, jeść, spacerować i biegać. Alergikowi wystarczy, że tylko się zbliży, od razu puchnie, kicha, płacze, kaszle i się dusi. Alergik przez innych jest postrzegany jako ktoś delikatny, laluś, wrażliwy i beznadziejny. Naprawdę jest tylko chory. Wielu na około może pić, ćpać, grać i palić tytoń lub zielsko. Człowiek chory na uzależnienie może tylko raz spróbować. Potem jest postrzegany przez środowisko jako człowiek słaby. Bywa, że chcąc udowodnić, że jest inaczej, dalej brnie w uzależnienie. Taki paradoks.

         W uzależnieniu najtrudniejszym etapem jest przyznanie się do swojego uzależnienia. Potem potrzeba dużo pracy, trudu i wyrzeczeń, aby żyjąc w świecie „normalnym” dla innych, uniknąć tego co uzależnionego zabija. Każde uzależnienie prowadzi do śmierci. Chociaż w kartach zgonu (a widziałem ich wiele) nigdy nie napisano: umarł przez alkohol, narkotyki, powiesił się przez długi karciane, zabiły go papierosy itp., to jednak wielu tak umiera.

         Krótko przedstawię swoją historię uzależnienia od alkoholu.

         W domu był alkohol. Chciałem być dorosły, więc jako dziecko naśladowałem dorosłych. To było jeszcze przed szkołą podstawową. Potem łyk czystej na studniówce. I dalej długo nic.

         Historia zaczęła się od niewłaściwego przykładu na praktykach diakońskich. Kilkuletni wikarzy, doświadczeni i zaprawieni w boju duszpasterskim, zaimponowali mi „wieczorną wolnością”. O poranku dnia następnego nikt nie mówił i nie myślał. Na pewno nie ja. Trzeba było im dorównać i zaimponować. Zwłaszcza po hasłach: „Diakon, ucz się!”, „Diakon, musisz być mocny!”.

         Potem problem stopniowo narastał. Na pierwszej wikariuszowskiej parafii wieczorami popijałem w swoim pokoju, ale nie widziałem problemu. To było tylko parę piw, elegancko według „wzoru z praktyk”. Może przerastały mnie zadania bycia w gotowości od 5.30 do 22.30? Tę pracę na pierwszej parafii nazwałem „Młynem”.

         Skorzystałem z okazji wyjazdu na Ukrainę (w drugim roku kapłaństwa, rok 2000) i z własnej woli z niej wróciłem ze względu na problemy ze zdrowiem. Wtedy były już pierwsze próby rzucania alkoholu. Jednak zawsze znalazł się powód, żeby do niego wrócić.

         Po powrocie od samego początku w dekanacie kartuskim czułem się niemile przyjęty. Tak jakbym przeszkadzał. Na moje miejsce miał przyjść ktoś inny, był już namaszczony. Niestety pojawiłem się ja. Senior znał mój problem chorobowy, więc po wyprowadzeniu się z plebanii, zabrał wszystko oprócz alkoholu. Kiedyś wprost powiedział, że nie spocznie, dopóki mnie nie zniszczy. Wówczas nie przejmowałem się tymi słowami. Dziś patrzę na to inaczej.      

         Dopiero po roku pobytu w parafii moja kuzynka pomogła mi dostrzec zagrożenie. Najbliższa rodzina odwróciła się ode mnie, najchętniej zamknęliby mnie „gdzieś”, „gdziekolwiek”, byle nie widzieć i nie słyszeć o problemie. Poszedłem na terapię dzienną, pogłębioną i nawroty w Nowym Porcie. Potem było dobrze, zmieniłem samochód, zrobiłem licencjat i stosowałem się do zasad z terapii. Oprócz jednej. Nie znalazłem grupy AA na cotygodniowe spotkania.

         Po dziewięciu latach miałem nawrót choroby. Jak każda choroba, ta też ma nawroty. Nie zauważyłem go, bo uzależniony tego nie zauważy, musi być ktoś z boku. Tu znowu pomogła mi kuzynka. Bolało, czułem na nią złość, ale widziałem, że ma rację. Szukałem pomocy. Dużo się modliłem, pielgrzymowałem, podejmowałem różne posty i wyrzeczenia.

         Usłyszałem o ks. Bogusławie Głodowskim z Sulęczyna. Jednak zły duch nie pozwalał mi znaleźć kontaktu. Usilnie prosiłem Matkę Bożą o pomoc, gdyż mocno wierzę, że jestem pod Jej szczególną opieką. Jednym z wielu znaków Jej opieki jest dla mnie to, że wszystkie parafie, w których żyłem i pracowałem były pod wezwaniem Wniebowzięcia NMP.

         I oto 28 września 2019 roku nastąpiło wydarzenie, które dla mnie osobiście jest cudem. Modlę się przed Cudownym Obrazem na Jasnej Górze, a do mnie dosiada się duży ksiądz, oczywiście nie kto inny, jak ks. Głodowski. Wierzę, że to spotkanie zorganizowała Matka Boża. Przed wizytacją biskupią w parafii nie znalazłem czasu na spotkanie, ale kiedy w wigilię Wszystkich Świętych zapiłem i następnego dnia wyglądałem tragicznie, od razu wziąłem telefon i zadzwoniłem do niego.

         Jestem teraz po kolejnej terapii, tym razem zamkniętej. Tam też dowiedziałem się, że mój ojciec również jest uzależniony, choć dobrze pilnowany przez mamę wcale na takiego nie wygląda.

         Chciałem jeszcze przy tej okazji podać odwrotny przykład z moim ojcem. Pamiętam, jak palił bardzo dużo papierosów. Pamiętam, miałem może dziewięć lub dziesięć lat, jak zakomunikował, że rzuca palenie, bo nie może dojść do przystanku autobusowego i dusi się. Po krótkim czasie niepalenia przestały też boleć go wrzody żołądka. A ja nigdy nie nauczyłem się palić papierosów i nie mam problemów, aby o nich myśleć nawet, gdy ktoś koło mnie pali czy leżą pod nosem.

         Na koniec dodam, że do walki z uzależnieniem miałem różne motywacje. Był to przede wszystkim strach przed stratami. Jednak najmocniejszym motywatorem była ważna dla mnie osoba, jednak nie życzyła sobie, aby o niej pisać. Może kiedyś.

         Podsumowując: nikt z nas nie wie, od czego jesteśmy uzależnieni. Lepiej nie tracić zdrowia, czasu i życia na próby. Warto mieć przy sobie Kochającego Przyjaciela i o niego dbać. Na pewno Jezus, na pewno Maryja, ale koniecznie drugi człowiek i wcale nie musi być z najbliższej rodziny.

Do tej pory zadaję sobie pytanie, dlaczego to właśnie mnie Pan Bóg „obdarzył” chorobą alkoholową? Nie wiem nawet, kiedy to się stało, że jestem alkoholiczką? Nie potrafię sobie tego wytłumaczyć. Piętnaście lat picia, raz więcej, raz mniej, przerwane dwie próby zaprzestania picia. Dwa razy po dwa lata. Kiedy wydawało mi się, że jest dobrze i poczułam się silna, nagle pojawiły się trudności w tym, aby nie wpaść, aby nikt się nie zorientował, że piłam, rodziło to we mnie straszny stres, sytuacje nerwowe, konflikty nie do wytrzymania. Aby sobie pomóc, pojechałam na drugi koniec Polski, do księdza alkoholika, więc miałam nadzieję, że mi powie, jak robić, co robić, aby przestać pić. W czasie tego spotkania ksiądz zadawał wiele pytań, poznał mój wstydliwy „piciorys”. Mówił, że muszę się leczyć, podjąć leczenie zamknięte. Byłam przerażona tym, co usłyszałam… „Bo jeśli księża idą na leczenie, to dlaczego nie może iść zakonnica?” Potem umówił mnie z panią psycholog. Czułam się jak poprzednio, zasypana lawiną pytań. Konkluzja – trzeba iść na leczenie zamknięte! Jechałam do Lublina po pomoc, miałam nadzieję, że ktoś zauważy, że jestem zakonnicą i zrozumie, że oprócz problemu z piciem jest jeszcze mój ogromny wstyd! Wróciłam do swojego zakonnego domu, udawałam dalej, ukrywałam swoje picie. Robiłam wszystko, by to ukrywać. Po tym wydarzeniu dwa lata jednak nie piłam, wytrzymałam, później wszystko wróciło na nowo. Zaczęły się problemy we wspólnocie, nieporozumienia, kłótnie, kłopoty ze spaniem, ze zdrowiem. Relacje z Bogiem osłabły. Nie umiałam się modlić, bo jak się modlić, gdy jestem pijaczką. Wielkie poczucie winy, żalu, że to akurat mnie spotkało, pretensje do Boga. Zadawałam sobie nawet pytanie: Co ja tu robię? Może lepiej byłoby gdybym odeszła z zakonu? Myślałam, że gdyby odejście rozwiązało mój problem, to odeszłabym. Ale nawet gdybym odeszła, czy przestanę pić? Straszliwa w tym czasie była moja samotność. Zostałam sama. Niby we wspólnocie, wśród ludzi, ale cholernie sama. Zanim trafiłam na rozmowę do ks. Bogdana, jeszcze raz byłam we Wrocławiu, u księdza alkoholika, była to już tylko totalna porażka. Rozmowa była krótka. Bez rozmowy z psychologiem. Znowu zostałam sama z problemem picia. Do księdza Bogdana jechałam bez przekonania, załamana i wystraszona. Ksiądz zaproponował mi dwie drogi: spowiedź i AA. Po tych pierwszych rozmowach, spowiedziach doszło do mnie, że nareszcie ktoś mnie zauważył, że jestem też zakonnicą. Zmiana następowała powoli. Dziś nie piję już przeszło cztery lata (2015). Czy to dużo, czy mało, ja się cieszę! Cieszę się każdym kolejnym trzeźwym dniem! Liczą się dziś dla mnie relacje z Bogiem, modlitwa, czyste sumienie, spowiedź, uczciwość wobec siebie samej. To pomaga mi nie pić, odbudowywać moje relacje we wspólnocie zakonnej. Uświadomiłam sobie na nowo, że jestem zakonnicą, odkryłam na nowo radość z modlitwy, poczułam się wolna. Do tego wielką rolę w mojej przemianie ma też grupa AA, na którą uczęszczam. Słuchając innych, mam wrażenie, że te moje problemy są niczym w porównaniu z innymi. Jednak historie ich picia wcale nie różnią się od moich. Mnie to też dużo kosztuje, gdy jadę na grupę, ale to warunek mojego zdrowienia.

Powoli wszystko się układa. Nabrałam pewności, stałam się bardziej asertywna. Problemy staram się rozwiązywać na trzeźwo. Pracuję ze swoim spowiednikiem, ważna jest systematyczna spowiedź i rozmowa duchowa. Najważniejsza jest dla mnie moja relacja z Bogiem, moje czyste sumienie, a to daje mi gwarancję na moje trzeźwe życie. Jestem pewna, że modlitwę i czujność muszę postawić na pierwszym miejscu!

Jestem dorosłą córką alkoholika. Od wczesnego dzieciństwa zabrakło mi obecności ojca w moim życiu. Fizycznie był obecny, ale jego obecność była dla mnie zagrożeniem, brakiem bezpieczeństwa, wstydem i potwornym lękiem, ponieważ był bardzo agresywnym alkoholikiem (bicie, poniżanie, wyzywanie…).

Dorastając w rodzinie dysfunkcyjnej, nie nauczyłam się poczucia mojej wartości, godności, szacunku, jedności. Czas dorastania był trudnym okresem wchodzenia w kobiecość. Mama zajęta ojcem nie wprowadziła mnie w tajniki bycia kobietą. Weszłam w dorosłe życie zupełnie nieprzygotowana, zamknięta w sobie i nie trzeba było długo czekać, kiedy za cenę byle jakiej akceptacji weszłam w związek z mężczyzną i dołożyłam sobie kolejne zranienia. Bardzo długo w moim dorosłym życiu nie wiedziałam, że choroba alkoholowa mojego ojca ma jakikolwiek wpływ na moje decyzje, wybory, po prostu na całe moje życie.

Żeby móc sięgnąć do wydarzeń z mojego dzieciństwa i młodości, Pan Bóg przygotowywał mnie krok po kroku. W momencie kiedy stanęłam w życiu przed tzw. ścianą z poczuciem kompletnego braku jego sensu i z przekonaniem, że w zasadzie powinno ono się skończyć, Pan Bóg postawił na mojej drodze kapłana. Na kolędzie zapytał mnie, czy mam trochę czasu wieczorem i zaprowadził mnie na spotkanie wspólnoty, w której uczyłam się wiary, byłam przyjęta i akceptowana taka, jaka jestem. Był to bardzo ważny i potrzebny etap w moim życiu, ponieważ nigdy nie odważyłam się „wejść” w zranienia z dzieciństwa i młodości, mając taki obraz Boga, jaki nosiłam w sercu. Mój obraz Boga miał prawie wszystkie cechy rodzonego ojca. Dziś wiem, że taka jest prawidłowość. Rodzice, a szczególnie ojciec są obrazem, na którym buduje się własny obraz Boga Ojca. Po jakimś czasie przystąpiłam do spowiedzi generalnej z całego życia. W myśl zasady panującej w mojej dysfunkcyjnej rodzinie, że brudów nie wynosi się z domu, spowiedź obejmowała moją dorosłość, czas kiedy byłam już sama odpowiedzialna za moje życie. Cieszę się jednak, że ta spowiedź była, ponieważ od tej pory zaczęłam regularnie chodzić do spowiedzi. Odkryłam, że jest w naszej parafii wspólnota dla krewnych i przyjaciół alkoholików i zachęcona rozmową z kapłanem, który pracuje z osobami uzależnionymi i ich rodzinami, poszłam na spotkanie otwarte i tak już zostałam. Uczyłam się prawdy o chorobie alkoholowej i jej mechanizmach. To był kolejny ważny krok na mojej drodze. Doszłam do wniosku, że powinnam powiedzieć komuś o moim dzieciństwie i młodości. Jakiś czas zmagałam się z tą myślą. Przełamałam się jednak, będąc na rekolekcjach, gdzie w ciszy przed Najświętszym Sakramentem usłyszałam w sercu słowa zachęty. Uchyliłam Jezusowi drzwi w moim sercu, które były mocno zamknięte na wiele kłódek z napisem: „Dzieciństwo – nie otwierać pod żadnym pozorem”. Moje leczenie, odzyskiwanie pewności siebie, swojej godności i piękna oparłam na sakramencie pokuty i codziennej Eucharystii. Jak już pisałam wcześniej, Pan Bóg postawił na mojej drodze ks. Bogdana, który jest duszpasterzem trzeźwości, psychologiem, od 30 lat pomaga i pracuje z rodzinami z problemem alkoholowym i innymi dysfunkcjami. Zaczęłam chodzić do spowiedzi, na duchowe rozmowy i uczyłam się mówić o wszystkim, co było okropnością przeszłości, mojego dzieciństwa. Po to, żeby uwolnić się od każdego z tych traumatycznych wydarzeń, które pozwoliły mi przetrwać tamte wszystkie uczucia i sytuacje. Nie były to uczucia przyjemne: wielki lęk, złość, nienawiść, gniew, odrzucenie, brak akceptacji i wiele innych. Krok po kroku dawałam dojść do głosu tamtym uczuciom, nazywałam je po imieniu po to, żeby żadne wspomnienie i emocje już więcej mnie nie nękało. Każda moja rozmowa ze spowiednikiem kończyła się modlitwą i rozgrzeszeniem, a ja czułam się coraz zdrowsza. Moje serce napełniało się nadzieją, radością i pokojem. Oczywiście duchowe zdrowienie to proces, dałam sobie czas, dużo ciszy, modlitwy i pracy. Rozpoczął się też etap kształtowania mojego sumienia, ponieważ w moim rodzinnym domu zło było nazwane dobrem i odwrotnie. Jest taki okres w życiu, kiedy dzieci przypatrują się i uczestniczą poprzez rozmowy w zadaniach podejmowanych przez rodziców. Uczą się odpowiedzialności, szacunku, wspólnego podejmowania zadań i troszczenia się o dom oraz rodzinę. W moim dzieciństwie tego zabrakło, zabrakło wielu rzeczy. Teraz uczę się żyć na nowo, podejmować różnorodne zadania i plany. W czasie duchowych rozmów i spowiedzi odkrywałam, że niektóre moje wady nie są wadami, lecz zaletami. Na początku tej pracy nad sobą pytałam spowiednika o wiele spraw. Patrząc z perspektywy czasu, dziękuję Bogu za mądrość mojego spowiednika, który na moją niemoc opowiedzenia o niektórych wydarzeniach z dzieciństwa, kazał mi o tym pisać. Tak to przez rozmowy odkrywałam przed Jezusem swoje zranienia, pokonując kolejne kroki na drodze uwalniania się z więzów dzieciństwa, które mnie krępowały. Dziś wiem, że przebaczyć to nie znaczy zapomnieć, jak często mawiał św. Jan Paweł II, ale przepracować te zranienia z Jezusem, który ma moc uleczyć i uzdrowić. Siedem lat trwało oczyszczanie mojego dzieciństwa. Oczywista rzecz, że po początkowej lawinie wspomnień później przychodzi spokojny czas rozeznawania przyszłości. Spotkania ze spowiednikiem pozwalają mi wyrażać siebie, swoje uczucia i nie obrzucać nimi swoich bliskich. Podczas pracy nad sobą otrzymałam i otrzymuję wiele pięknych darów, odkrywam moje zdolności, talenty, kobiecą wrażliwość, ale co najważniejsze – to odkrywanie relacji do Boga jako Ojca. Dziś wiem, że jestem chciana i kochana taka, jaka jestem, że zanim byłam dzieckiem moich rodziców, najpierw byłam dzieckiem Bożym. Zaistniałam w Jego myślach, pragnieniach i w Jego Miłości. Lubię też pójść do kosmetyczki, jak każda kobieta dbam o swój wygląd. Cieszę się również każdą zmarszczką, bo mówi mi o mojej dojrzałości i mądrości. Cały czas jestem w drodze, moje życie coraz bardziej jest świadome, radosne, godne, pełne pokoju. Przepracowana historia mojego życia jest dla mnie źródłem mądrości. Im bardziej powierzam swoje życie Bogu, tym bardziej czuję się bezpieczna i wolna. Z żebraka miłości stałam się i ciągle staję się kobietą wypełnioną Bożą miłością. Dziękuję dziś Bogu za ks. Bogdana, mojego duchowego ojca.

Na koniec, a w zasadzie powinnam od tego zacząć, dodam, że należę do pokolenia św. Jana Pawła II i Bogu dziękuję, że mogłam wzrastać w blasku jego ojcostwa. Jego nauczanie dało mi moralny „kręgosłup” mych wartości i zasad.

Dziś dziękuję Panu Bogu za dar życia, za moją historię życia i dziękuję Bogu za to, że odkryłam wartość rozmawiania i mówienia. Czuję się bezpiecznie, mogę być sobą i czuję się coraz pewniejsza. Moja recepta na życie to troska o czyste serce, pogoda ducha i Boża nadzieja na każdy dzień.

15 stycznia 2006 roku w Katedrze Oliwskiej w Gdańsku, o godz. 10.00, Metropolita Gdański Arcybiskup Tadeusz Gocłowski przewodniczył uroczystej Eucharystii, po której odbył się opłatek dla duszpasterstwa trzeźwości archidiecezji gdańskiej. Nad całością czuwał diecezjalny duszpasterz ks. Bogdan. Na tej uroczystości byłam z mamą i moim rodzeństwem, było wielu ludzi, ok. 200 osób. Był Mikołaj z prezentami, występ zespołu i śpiewaliśmy kolędy. Ja też zabrałam głos, dzieląc się swoją nadzieją. Przed moim wystąpieniem bardzo się bałam, że ludzie będą mnie obgadywać i wyśmiewać. Gdy podeszłam do mikrofonu, czułam lęk. Ale tak nie było, moja wypowiedź się podobała. A brzmiała ona tak:

„Mam na imię Patrycja, mam 15 lat. Mój tata był alkoholikiem – był, ponieważ zabił go alkohol. Na spotkania zaczęłam chodzić od dziesiątego roku życia. Zanim zaczęłam chodzić na spotkania, bywało, że czułam się zawstydzona, bywało, że się bałam wrócić do domu. Czułam się bardzo brzydka i niepotrzebna, samotna, bez przyjaciół. Byłam sama, tak przynajmniej mi się zdawało. Mama i pani pedagog próbowały mi pomóc. Z każdym dniem było coraz gorzej, zamykałam się w sobie, nic nikomu nie mówiłam, udawałam, że w domu jest dobrze. Choć tak wcale nie było. W domu były awantury, krzyki. Tata rzucał przedmiotami, ale nas nigdy nie bił. Ja i mój młodszy brat chowaliśmy się pod łóżka, gdy tylko usłyszeliśmy kłótnię. Ja z każdym dniem coraz gorzej nienawidziłam ojca za to, że marnuje nam życie. Miałam dość mojego życia. Czułam się bardzo źle. Ja i moja mama modliliśmy się do Boga, żeby nam pomógł. I stało się. Któregoś dnia mama poszła do ks. Bogdana, który jej powiedział o spotkaniach Al-Anon. Mama zaczęła chodzić na spotkania i w domu zaczęło stawać się coraz lepiej. Ale to nie było jeszcze to, czego oczekiwałam. Mama zaproponowała, żebyśmy poszli razem do księdza i porozmawiali. Za pierwszym razem bałam się i wstydziłam powiedzieć o moich problemach drugiemu człowiekowi. Ale zrozumiałam, że to, co powiem księdzu, to jakby spowiedź i ksiądz nie może nikomu tego powtórzyć. Zaczęłam coraz częściej chodzić na spotkania w salce u księdza, tam mogłam mówić i inne dzieci też. Ksiądz dawał mi nadzieję, że może być lepiej. Ksiądz zabierał mnie, mojego brata i siostrę na różne obozy i wyjazdy. Tam nauczyłam się żyć na nowo. Na obozach poznałam dużo dzieci, które nauczyły mnie, jak się bawić i zrozumieć, że nie jestem sama i nie tylko ja mam taki problem w rodzinie. Byłam niezwykle szczęśliwa. W szkole szło mi bardzo dobrze, uczęszczałam na różne zajęcia. Byłam najlepsza w szkole w bieganiu. Zajmowałam dobre miejsca na zawodach. Do domu przywoziłam medale. Wszyscy byli ze mnie dumni, ja z siebie też. Z każdym dniem jestem coraz szczęśliwsza. Spotkania dają mi pewność siebie. Mogę z każdym porozmawiać o moich problemach, nie wstydzę się przyznać do taty alkoholika. Dzięki spotkaniom przebaczyłam tacie, że pił. Na spotkaniach dowiedziałam się, że przede wszystkim to nie moja wina, że możemy inaczej żyć. Teraz wiem, że warto było przestać się wstydzić. Na początku zawsze jest trudno, ale trzeba się przełamać. Trzeba szukać pomocy u innych ludzi, bo samemu nie da się rady ze swoimi problemami. Jestem bardzo wdzięczna mamie, że pięć lat temu poszła do Alanon i zaproponowała mi, żebym porozmawiała z księdzem. To wspaniale uczucie znaleźć nową drogę w życiu, pełną nadziei, szczęścia, radości i pokoju. Chciałabym, żeby wszystkie dzieci odnalazły swoją NADZIEJĘ”.

Po moim wystąpieniu podchodzili do mnie nieznani ludzie i pytali, jak się czuję, że przede mną całe życie i mogę zostać kimś wartościowym. Podeszła do mnie też dziewczyna, która też miała tatę alkoholika. Powiedziała, że ona również chciałaby odnaleźć swoją nadzieję. I na pewno ją odnajdzie. Bardzo się cieszę, że przełamałam strach i powiedziałam o moich uczuciach, że można swoje życie zmienić i żyć inaczej.

Gienek przeżył w trzeźwości około 30 lat. Był jednym ze świeckich liderów katolickich ruchów trzeźwościowych w archidiecezji gdańskiej, bardzo mocno zaangażowanym w pomoc osobom uzależnionym i ich rodzinom. Pomagał na różne sposoby, od zwykłych rozmów po organizowanie spotkań świątecznych z prezentami dla dzieci, pielgrzymek trzeźwościowych. Był współorganizatorem różnych sympozjów trzeźwościowych w diecezji gdańskiej. Zawsze otwarty i zaangażowany w przygotowanie spotkań opłatkowych w czasie Bożego Narodzenia oraz pieszej pielgrzymki z Oliwy do Matemblewa. Uśmiechnięty i z nadzieją w słowach i czynach. Działał mocno w Intergrupie gdańskiej AA. Zawsze miał czas dla każdego człowieka. Do grupy samopomocowej AA trafił w 1987 roku. Od tego momentu zaczęła się jego droga trzeźwości.

Wcześniejsze lata życia wyglądały zupełnie inaczej, ponieważ bardzo dużo pił. Jego picie zaczęło się banalnie – pierwszy kieliszek, dobra zabawa, dużo śmiechu. Alkohol po prostu zasmakował. „Byłem uzależniony, mając 11 lat” – jak powtarzał. Poza tym leczył kompleksy, pomagał przełamywać bariery. „Dzięki niemu byłem szczęśliwszy” – opowiadał Gienek. Niestety jak sam mówił, wiele razy przekroczył trudną do rozpoznania granicę umiaru. Był uzależniony, chociaż jeszcze o tym nie wiedział. Z czasem przestał się dobrze bawić. Powoli się staczał. Zaczynał dzień od jednego kieliszka, a potem wypijał morze wódki. To się ciągnęło tygodniami. Po takim maratonie lądował zazwyczaj w szpitalu na odtruciu. Czuł się, jakby jechał karuzelą, z której nie można wyskoczyć. Założył rodzinę. Myślał, że to będzie moment przełomowy. Tak się nie stało. Pił coraz więcej. Często w samotności. Szukał usprawiedliwień. „Bo tramwaj się spóźnił, bo pogoda zła, bo szef mnie ochrzanił” – wyliczał. Żona bardzo go wspierała, dużo się modliła. Mówiła też o grupach wsparcia. Wtedy myślał: „Jak ona może mnie porównywać z tymi alkoholikami?”. Coraz bardziej zaniedbywał dom, dzieci, żonę. Niemal doprowadził do rozbicia rodziny. Czasami także były lepsze momenty, kiedy wszywał sobie Esperal. Wtedy nie mógł sięgać po kieliszek, bo to groziło śmiercią. Kiedy lek przestawał działać, nadrabiał stracony czas, pił coraz więcej. Leżąc w szpitalu po kolejnej próbie samobójczej, usłyszał od lekarza o Anonimowych Alkoholikach. Na początku nie czuł się uzależniony. Jednak już po kilku spotkaniach wiedział, że się mylił. Przyznanie się do własnej bezsilności i słabości przyniosło mu ogromną ulgę. Żona bała się, że zmiana jest krótkotrwała. W końcu już tyle razy słyszała obietnice o poprawie. Mimo to cały czas była przy nim. Przyszedł czas, kiedy Gienek obchodził swoje ćwierćwiecze niepicia. Kiedy się obudził, na stole przy łóżku znalazł karteczkę, że go kocha i jest z nim szczęśliwa. To był najwspanialszy prezent, jaki wtedy dostał. Gienek, kiedy pił, unikał Kościoła, bał się księży. Kiedy wybrał drogę trzeźwości, na nowo zaczął uczęszczać do Kościoła. Odnalazł Boga i stał się szafarzem Eucharystii, a swoją trzeźwość zawierzył Maryi. Codziennie dziękował Bogu za każdą chwilę bez picia.

Na początku 2016 roku Gienek poczuł niepokojące bóle. Pierwsze badania lekarskie nic nie wykazały. Jednoznaczną diagnozę dało badanie USG – rak trzustki i wątroby. Na tę informację zareagował w sposób, który niejednego lekarza wprawiłby w osłupienie. „Nie ja pierwszy i nie ostatni, trzeba będzie z tym walczyć” – powiedział. Informując rodzinę o chorobie, również zachował spokój, choć dla jego bliskich był to szok. W swojej walce otrzymywał wsparcie od wielu znajomych. Bardzo wiele osób dzwoniło do niego, żeby dowiadywać się o jego zdrowie. Wszyscy modlili się za niego. Gienek nie bał się śmierci. Duży wpływ na to miała wiara oraz zaangażowanie w pomoc chorym w parafii św. Stanisława w Gdańsku-Wrzeszczu jako nadzwyczajny szafarz komunii świętej, którym był od blisko 20 lat. To wielka zasługa i zaufanie proboszcza parafii ks. Andrzeja Rurarza. Wiele osób, do których chodził z komunią, umierało na choroby nowotworowe. Pomimo trudnej terapii i cierpienia Gienek nie czuł zwątpienia w Boga czy w sens dalszego leczenia. Jak sam często mówił w okresie swojej choroby: „Myślę, że my za mało mówimy o śmierci i przemijaniu. To jest temat odkładany na starość. Myślę, że ludziom łatwiej pogodzić się ze śmiercią, gdy jest w nich wiara, że cierpienie ofiarowuje się Bogu w intencji osób, które opuściły Kościół”. Choć przechodził leczenie, nie zaprzestał wielu aktywności. Zmagając się z chorobą, był także mocno zaangażowany w pomoc osobom uzależnionym i ich rodzinom. Pomagał w tym czasie na różne sposoby, zapominając o sobie i swoim cierpieniu, poprzez zwykłe rozmowy po organizowanie spotkań świątecznych z prezentami dla dzieci i pielgrzymek. Dawało mu to ogromną radość. Gienek dostawał bardzo dużo wsparcia także od osób, z którymi od lat współpracował. Jedną z nich na samym początku był ks. Andrzej Rurarz – proboszcz z parafii św. Stanisława Biskupa. Kolejny duchowny to ksiądz Mirosław Paracki, proboszcz parafii św. Stanisława Kostki w Gdańsku. Znał się z Gienkiem od 30 lat. Ksiądz Mirosław mówił, że Gienek zawsze był zaangażowany w pomoc biednym i ubogim. Zawsze miał otwarte serce. Może potwierdzić jego wielkie zaangażowanie również ks. bp Zbigniew Zieliński, kiedy jako proboszcz katedralny odwiedzał grupę samopomocową, która spotykała i spotyka się do dziś, we czwartki. Mógł liczyć zawsze na ich pomoc i opiekę nad ubogimi w parafii. Szczególnie jednak otoczył Gienek swoją opieką osoby mające problem z uzależnieniem. Zawsze miał dla nich czas. Odszedł do Pana 17 września 2017 roku.

W moim domu praktycznie nie było alkoholu – przynajmniej od momentu, kiedy mama wyrzuciła ojca z domu – on sobie nie żałował. Miałam wtedy kilka lat. Widywałam się z nim czasami w weekendy. Już jako mała dziewczynka podpijałam ojcu piwo – zawsze lubiłam smak piwa. Czasem brałam jednego łyka, czasem przysysałam się do puszki, aż mi ją w końcu zabrał. W domu rodzinnym niczego mi nie brakowało poza bliskością, uwagą i zainteresowaniem. Dorastałam jak taka sierotka, względnie zadowolona z życia, bo nieświadoma jeszcze swoich braków, pogłębiających się problemów emocjonalnych i lęków. W okresie licealnym znalazłam sobie miejsce w Kościele. Coś mnie tam pociągnęło. Z domu wyniosłam jedynie obowiązek niedzielnej mszy św. Tutaj zaczęła kiełkować moja wiara. Taka bardziej żywa. Odkryłam, że mam ducha! Chyba to właśnie uratowało mnie później przed samą sobą. Kiedy było już marnie… Lata mijały, a mnie zaczęła doganiać moja niedojrzałość, niedorozwój emocjonalny, brak umiejętności życia, wyrażania uczuć, kompleksy, poczucie osamotnienia. Znajomi poszli na studia, mieli plany, perspektywy. Ja nie mając na siebie żadnego pomysłu, zaczęłam studia zaoczne, które po roku rzuciłam, poszłam do pracy. W wieku 20 lat coś we mnie pękło – pierwszy raz kupiłam sama sobie dwa piwa, żeby uciszyć wyrzuty sumienia, rozczarowanie sobą. Alkohol dał ukojenie.

Zarabiając na siebie i stając się niezależna finansowo, w krótkim czasie, kiedy nadarzyła się tylko okazja, wyprowadziłam się od mamy. Wtedy dopiero miałam swobodę działania. W międzyczasie wymieniłam towarzystwo na bardziej rozrywkowe. Picie towarzyskie kwitło, wplatając równolegle picie w samotności. Ja, jako główny organizator, zawsze znalazłam okazję do zwołania towarzystwa w celu spożycia napoju wyskokowego. Kiedy pech chciał i towarzystwo nie dojechało, raczyłam się sama. To było czasami nawet lepsze, nikt mi nie liczył, nie narzucał tempa, nie targował się czy jeszcze pijemy, czy już dość. Znieczulałam się alkoholem – w towarzystwie na wesoło, w samotności na smutno. Alkohol przynosił ulgę. Pomagał nie czuć. Co za wspaniały lek! Ogólnodostępny. Bez recepty. Całodobowo. Alkoholizm postępował, zagarniał coraz więcej czasu, uwagi i energii. Każdy wyjazd w góry, na narty, każda weekendowa wycieczka bardzo powoli, ale konsekwentnie przeradzała się w większe pijaństwo. Czas, który miał być spędzony na długich wędrówkach, musiał zacząć dzielić się z czasem na leczenie kaca. Perspektywa nocowania w pięknym schronisku na szczycie zaczęła przerażać, bo co jeśli zamkną bufet? Trzeba było schodzić i szukać innego noclegu, bo tam w miejscowości były sklepy. Zjazdy na nartach na miękkich nogach w stylu „non controllo”. Cud, że wracałam w jednym kawałku. W parku pod Jasną Górą przelewałam piwo do butelki po napoju, bo jak się w takim miejscu spokojnie napić? W domu, w knajpie, w parku, na plaży, w pociągu, na wakacjach, u znajomych, na kajaku, na górskim szlaku, w samolocie, na spotkaniu modlitewnym, w pracy… alkohol pojawiał się już wszędzie. Tylko nie w samochodzie. Z prostej przyczyny – wówczas go nie miałam. Zdawałam sobie sprawę, że moje picie jest nienormalne. Ileż to razy rano na kacu obiecywałam sobie, że dziś odpuszczę. Dziś nie wypiję. Pod wieczór, kiedy po kacu nie było już śladu, nie potrafiłam przejść obojętnie obok sklepu. Wmawiałam sobie, że dziś tylko dwa browarki. (Jednego nie kupowałam nigdy – jak to wygląda, kiedy kobieta kupuje jedno piwo? Za to każda wielokrotność wchodziła już w grę). Zadowolona leciałam do domu z dwoma piwami dla kurażu, żeby za godzinę czy dwie wyjść po kolejne dwa albo od razu cztery, żeby się nie rozdrabniać. Miałam już swoje wydeptane ścieżki – wczoraj kupiłam w tym sklepie, dziś dokupiłam w tamtym, jutro pójdę do jeszcze innego. Przecież nie będę się codziennie pojawiać w tym samym, jeszcze sobie coś o mnie pomyślą. Biedronki się nie liczyły – tam wśród zakupów na taśmie czteropak czy dwa albo butelki wina nie powinny nikogo dziwić. Przecież można zaprosić gości! I tak się sama gościłam, dbając, aby mojej szanownej osobie niczego wieczorem nie zabrakło. Alkohol zrobił ze mnie karykaturę człowieka. Robiłam rzeczy, o które sama bym się kiedyś nie podejrzewała. Upadlałam się. Budziłam się ze wstrętem do siebie. Znowu się schlałam, znowu zrobiłam coś, czym sama gardziłam. Znowu się ukrywałam, znowu kłamałam, znowu oszukiwałam. A przecież sobie obiecałam! Byłam do niczego. Wszechogarniające poczucie beznadziei… do momentu wejścia do knajpy – tam odżywałam. Tam byłam kimś. Tam prowadziłam głębokie rozprawy o życiu i z przyjemnością pastwiłam się nad wszystkimi znajomymi, obgadując i oceniając jacy to oni są marni. Nie to co ja. Konsekwentnie przepijałam lata swojej pięknej młodości, zamiast rozwijać się – zwijałam, zamiast budować – burzyłam, zamiast nawiązywać kontakty – zrywałam je. Pod koniec tej męki mieszkałam kątem u koleżanki, kolejne studia rozgrzebane, dziadowska praca za marne grosze, zero perspektyw. Tylko marzenia – o założeniu własnej rodziny, o swoim mieszkaniu, o fajnym aucie, o stabilnym zatrudnieniu. O normalnym życiu. Takim zwykłym, pospolitym.

Pewnego pięknego dnia, był to Wielki Piątek – zrozumiałam. Przyznałam się sama przed sobą. Jestem alkoholiczką. Nie panuję nad tym, co się dzieje. Nie panuję nad niczym. Z jednej strony była to wielka ulga, bo dotarło do mnie, że nie jestem niespełna rozumu. Alkoholizm jest chorobą i ja na nią zachorowałam. Nieodwracalnie. Z drugiej strony, co teraz? W obliczu takich informacji w zasadzie mogłam się rzucić do rzeki albo pod Intercity relacji Gdynia–Warszawa Wschodnia. Niewielka strata dla świata. Otóż nie! Pragnienie życia było większe. Życie jest cudowne, życie jest darem, tylko mi się jakoś ten dar całkiem rozsypał w rękach. Ciało młode, sprawne, ale umęczone, wiecznie odwodnione, podtrute etanolem, oczy spuchnięte, żołądek nieraz wywleczony na lewą stronę. Psychika dobrze nadszarpnięta, nic już nie rozumiałam, ten mój świat był nie do ogarnięcia i do tego wydawał się być taki straszny. Emocje rozhuśtane wprost proporcjonalnie do promili w organizmie. Tylko ten duch. Taki jakiś biedny, poturbowany, ale najstabilniejszy w tym całym towarzystwie. I to on mnie uratował. On mi mówił: „nie poddawaj się”. To on się wyrywał do mojego Pana Boga. Chodziłam często do kościoła. Bywało, że i pod wpływem alkoholu. Gapiłam się na Chrystusa na krzyżu i się wkurzałam. Buntowałam się, denerwowałam, czemu mi nie pomaga. Czemu mnie nie uzdrowi? Przecież by mógł. Tak, przecież przyznałam. Jestem alkoholiczką! Już tego nie chcę! Chcę żyć jak człowiek! No, zrób coś! Uzdrawiaj! I cisza… Skoro alkoholiczka, to picie stało się w pewnym sensie usprawiedliwione – piłam, bo musiałam. Taka dola alkoholika. Jednak picie już tak nie cieszyło, coś ciągle kłuło w sercu. To ta świadomość gdzie jestem i co się ze mną dzieje. Obserwowałam spuchnięte twarze kobiet pod sklepami monopolowymi i zastanawiałam się: Ile dajesz sobie jeszcze czasu? Pięć lat? Dziesięć? Tak wyglądała moja przyszłość. Urocza perspektywa.

Szukałam informacji na temat choroby, jakiegoś kontaktu, gdzie się zgłosić, z kim porozmawiać, od czego zacząć? Raz nawet wybrałam się do ośrodka terapii uzależnień – odbiłam się od drzwi. Wkurzona po drodze do domu kupiłam kilka piw… W międzyczasie dostałam propozycję pracy w zupełnie innej branży. Byłam przerażona, ale czułam, że szczęście się do mnie uśmiechnęło – kto wie, może po raz ostatni. Podjęłam pracę ze świadomością, że albo wykorzystam szansę, albo zmarnuję wszystko po kolei, a to szło mi już świetnie. Marnowanie czasu, zdrowia, pieniędzy, życia… Nie odpuściłam. Szukałam dalej. Znalazłam kontakt do księdza, który zaproponował rozmowę i zasugerował wspólnotę Anonimowych Alkoholików. Postanowiłam spróbować. Kilka dni później, jadąc autobusem na mój pierwszy miting AA, kierowca wysadził pasażerów 3 km przed moim przystankiem – był wypadek, zablokowana droga, nie mógł jechać dalej. Ciemno, zimno, listopad, a mnie dodatkowo przewiało i miałam obolały, sztywny kark. Wszystko szło jak po grudzie… ale dotarłam. Weszłam. Usiadłam. I jestem do dziś. Kilkanaście miesięcy zajęło mi mocowanie się sama ze sobą od chwili uznania swojego alkoholizmu do momentu podjęcia decyzji o zaprzestaniu picia.

Od 2013 roku trzymam się AA-owców. Słucham, wyciągam wnioski, obserwuję, a przede wszystkim nie jestem sama ze swoją chorobą. Są całe rzesze ludzi, którzy wiedzą i rozumieją, jak podle się czułam, co przeżywałam. Tam nie ma lepszych i gorszych. Wszyscy jedziemy na tym samym wózku. Lekarz, ksiądz, nauczycielka, przedsiębiorca, stoczniowiec, gospodyni domowa, student czy emeryt. Wszystkich nas przygnało tam jedno – chęć zaprzestania picia. Początki nie były łatwe, trzeba było wziąć za siebie odpowiedzialność, podejmować decyzje, które wcale nie były dla wszystkich zrozumiałe, wysłuchiwać komentarzy na swój temat, na temat „sekty AA-owskiej”, a przede wszystkim nauczyć się żyć bez środka znieczulającego. Musiałam zadbać o siebie, zorganizować sobie przeprowadzkę dla własnego bezpieczeństwa, wszystkie kieliszki porozdawałam, jeździłam na mitingi i uczyłam się niczym małe nieporadne dziecko, jak ogarniać zwykłe codzienne sprawy. Potraktowałam temat poważnie, nie jak urlop zdrowotny, odpoczynek od karuzeli życia, ale jako faktyczną zmianę kursu.

Po jakimś czasie patrzyłam na ten sam krzyż, w tym samym kościele. Mój Pan Bóg pomógł. Nie rozstąpieniem niebios, nie spektakularnym cudem, pomógł, dając mi wreszcie do zrozumienia, że to ja muszę pójść poszukać konkretnej pomocy. Zakasać rękawy i brać się do roboty, odgruzowywać swoje życiowe ruiny. On mi wtedy z przyjemnością pomoże. Pomału, konsekwentnie, ciężką pracą, wyrzeczeniami, konkretnymi decyzjami. Ja wolałam jakieś cudowne uzdrowienie. Całe życie chciałam, żeby wszystko działo się po mojej myśli, ale bez zaangażowania, bez pracy, krwi, potu i łez. Tak nie jest. Na trzeźwość trzeba sobie zapracować. I pracować na nią każdego dnia. Z Bożą pomocą. Z biegiem lat, a każdy kolejny trzeźwy rok wydaje się być bardziej genialny od poprzedniego, staję się innym człowiekiem. Podejmuję wyzwania, jakie przynosi mi życie, nie chowam głowy w piasek (czy w butelkę), popełniam mnóstwo błędów, ale nie zniechęca mnie to, wyciągam wnioski i idę dalej do przodu. Staram się „urządzić” w życiu tak, żeby żyło mi się dobrze, swobodnie i komfortowo. Spełniam swoje małe marzenia, a co najważniejsze budzę się rano z trzeźwą głową i otwartym umysłem, gotowa przyjąć to, co przyniesie dzień. Czasem dzień okazuje się być cudowny, czasem bardzo trudny, wręcz nie do zniesienia. Ale nawet ten najtrudniejszy dzień nie jest wart tego, żeby go przepić. Uzależnienie trzymało mnie w garści przez osiem lat. Z każdym rokiem poniewierało coraz mocniej. Podają, że kobiety szybko się uzależniają i szybko degradują. Potwierdzam. Byłam tam i wiem.

Przewiń do góry