KROK 1. Bezsilność

Z ks. prałatem dr Bogusławem Głodowskim (Ks) rozmawia Joanna Winiarska (A);
fragmenty książki: „Rozwiążcie GO i pozwólcie MU chodzić”.

A.: Zacznijmy zatem od początku, od Kroku Pierwszego. Przychodzi (częściej pewnie dzwoni) człowiek do księdza. Mówi, że ma problem. Zwykle jest to jego własny problem z piciem alkoholu lub też uzależnienie kogoś bliskiego – męża, żony, rodzica, dziecka. Czy można powiedzieć, że zrobił właśnie Pierwszy Krok – uznał swoją bezsilność?

Ks.: Na pewno to wielka odwaga zadzwonić i powiedzieć, że szukam pomocy! Czasem desperacja! Najczęściej żona bądź rodzina szukają pomocy dla uzależnionego męża lub ojca. Najczęściej prosi o adres ośrodka zamkniętego, prowadzonego przez zakonników, jeszcze najlepiej katolickich, mając nadzieję, że po tej terapii wszystko już będzie dobrze, sprawa załatwiona. Wtedy uświadamiam rozmówcy, na czym polega choroba alkoholowa. Tłumaczę, że tutaj trzeba zmienić życie, nie nastrój – jak wiele razy to powtarzam. Cała rodzina musi wejść w program przemiany życia, a do tego potrzeba też czasu.

A.: Jak dużo jest tych sytuacji?

Ks.: W tygodniu odbieram kilka, kilkanaście telefonów. Część od osób, skierowanych do mnie przez księży z parafii lub spowiedników, z poradnictwa rodzinnego i od tych, którzy z mojej pomocy już korzystają.

A.: Nie ma ksiądz czasem dosyć? Ksiądz jest jeden. Ludzi potrzebujących tak wielu…

Ks.: Na te trudne momenty Pan Bóg ma też swoje sposoby. Wtedy nagle zadzwoni ktoś szczególny, ze specjalną informacją czy prośbą, taką jak ta ostatnio. „Proszę księdza, chcę się wyspowiadać”. Kiedy usłyszałem datę ostatniej spowiedzi, wróciły siły i nadzieja, bo ostatnia jego spowiedź była w roku, w którym sam  się urodziłem! Dobrze, gdy ludzie dzwonią, gdy  inni kierują do mnie. Nie wszyscy muszą się przecież znać na wszystkim. Bardzo ważne jest to, gdzie zwrócimy się o pomoc po raz pierwszy, aby nakreślić cały zdrowy proces wychodzenia z uzależnienia. Po rozmowie widzę, gdzie daną osobę pokierować. Z mojego doświadczenia wiem, że na początku ważna jest indywidualna rozmowa i uczęszczanie na spotkania grupy samopomocowej AA czy grupy rodzinnej Al-Anon. Jeśli trzeba, wysyłam na konsultacje do lekarza, na policję, do kuratora sądowego lub do ks. egzorcysty. Terapia psychologiczna później, najpierw budowanie motywacji na grupie. Staram się robić swoje, nie przeszkadzać zbytnio Panu Bogu. Też nie wiem wszystkiego. Mogę komuś towarzyszyć, jeśli zechce. Podzielić się doświadczeniem.

A.: Czyli oprócz trudu jest też i satysfakcja z wykonywanej pracy?

Ks.: Wiem, że to jest praca bez nagrody. Podobne ryzyko mają rodzice wobec swoich dzieci. Nie wiedzą, co z nich wyrośnie. Z drugiej strony to piękne uczucie, kiedy się jest świadkiem duchowego rodzenia. Cuda się zdarzają, często jestem ich świadkiem. Dla nich warto żyć i dalej robić swoje.

A.: Co powoduje, że zaczynamy szukać pomocy?

Ks.: Cierpienie, które doskwiera coraz bardziej. Kiedy wydaje się, że można zwariować! A powody mogą być różne: przemoc, długi, zdrada, rozwód, opuszczenie, porzucenie, lęk przed więzieniem, przed policją, lęk przed przyszłością, przed życiem. Także trudności w relacjach. Wszystko, co powoduje ból. Ten ból zmusza nas, żeby coś z nim zrobić. Zagłuszyć na jakiś czas bądź rzeczywiście zacząć żyć inaczej, lepiej. Sztuką jest trafić w taki moment jak Jezus, kiedy powołał celnika Mateusza. Na Jego Słowo on zostawił wszystko i poszedł.

A.: Można zatem powiedzieć, że to ból jest najsilniejszą motywacją do zmian?

Ks.: Alkoholika może uratować jedynie jego własne cierpienie. Nie żony, dzieci czy rodziców, tylko jego własne jest w stanie zmusić go do szukania pomocy i ostatecznie to jest najgłębsza motywacja. Musi zrobić to dla siebie. Tylko dla siebie. Musi stracić „komfort picia” oraz przekonanie, że nad wszystkim panuje.

A.: A co skłania inne osoby np. rodzinę alkoholika do szukania pomocy?

Ks.: Osoby bliskie alkoholikowi także muszą dojść do jakiegoś swojego „dna”, zanim podejmą decyzję o szukaniu pomocy dla siebie.

A.: Czyli ból jest naprawdę naszym sprzymierzeńcem?

Ks.: Cierpienie nie pozwala nam dłużej trwać w iluzji. Zmusza nas do podjęcia działań. Bardzo ważna jest zmiana postaw w otoczeniu alkoholika, przede wszystkim jego żony, matki, dzieci. Wcześniej osoby te podejmowały wiele prób, lecz nic się nie zmieniało. Swoimi działaniami nieświadomie pomagali alkoholikowi trwać w nałogu. Na przykład: on pił, a oni ponosili konsekwencje, płacili za to. Sprzątali po nim, prali, kładli do łóżka, usprawiedliwiali, kłamali, kryli przed rodziną i pracodawcą. Dla nich zmiana ta jest też bardzo trudna. Jest to „twarda miłość”, której muszą się nauczyć. Powtórzę, bo to ważne: muszą nauczyć się mądrze kochać, żyć i mądrze pomagać!

A.: Przeczytałam kiedyś taką historyjkę o kobiecie, która postanawia ze sobą skończyć. W chwili gdy skacze z mostu, nagle staje jej przed oczami całe życie… jej męża.

Ks.: To trafnie pokazuje sytuację osób bliskich alkoholikowi. Zmiana ich postępowania jest bardzo trudna, ale konieczna. Trzeba podjąć trud pracy nad sobą, uczyć się życia swoim własnym życiem, nie życiem zapożyczonym od kogoś innego. Pozwolić ludziom ponosić konsekwencje ich wyborów: ty pijesz, ty ponosisz konsekwencje. Jak powiedziałem, to wymagająca praca i lepiej nie zaczynać, jeśli nie chce się zmiany naprawdę.

A.: Czyli żyj sam i pozwól na to innym? Rozwój kojarzy się z wysiłkiem, długim czasem oczekiwania na owoce. A chciałoby się już, zaraz. Weźmiesz tabletkę, posmarujesz maścią i wszystko minie. Szybko, łatwo i przyjemnie.

Ks.: Tak, trzeba życie zmieniać, nie nastrój. Do tej drogi przemiany trzeba znaleźć przewodnika i czas! Jak już powiedziałem, to trudna praca nad ciałem, uczuciami i duszą, aby przywrócić normalność!

A.: Zanim jednak zwrócimy się po pomoc, najpierw jeszcze próbujemy, za pomocą wszystkich znanych sposobów, poradzić sobie sami.

Ks.: Oczywiście. Każdy próbuje swoimi sposobami. Zgodnie z dziecinną zasadą „ja siama”.

Wiele razy podejmowaliśmy próby z nadzieją, że może tym razem się uda? Plan jest dobry: chcę nawrócić męża, żonę, ale po pewnym czasie, nawet bardzo krótkim, wszystko wraca do dawnego, „chorego” działania. Rodzinom ciężko się tego pozbyć, trwa to nieraz latami, aby zmienić sposób postępowania. Moment zwrócenia się po pomoc i to, czy okaże się skuteczna, zawsze pozostaje tajemnicą. To są takie dwie postawy ewangeliczne, jak św. Piotr i św. Jan. Jan został przy Panu Jezusie do końca, trwał z Maryją przy krzyżu, potem w pustym grobie – ujrzał i uwierzył. Piotr najpierw się opierał: „nie będziesz mi nóg umywał” (J 13,8), zaparł się: „nie znam tego człowieka” (Łk 22,57). Dopiero wtedy, po upadku, zaczął wierzyć Jezusowi, ufać Mu. Można posłuchać kogoś i uwierzyć od razu, a można też czekać.

A.: Poczekać do kiedy? Nawet do końca? Do śmierci? Jak długo można żyć w iluzji, że jakoś to będzie?

Ks.: Można tak żyć bardzo długo, wiele lat. Nie wszyscy alkoholicy umierają w stanie trzeźwości. Nikt niczego tu nie odda za darmo. Dopiero jak zaboli, decydujemy się coś z tym zrobić. Musi mocno zaboleć!

A.: Słyszałam to powiedzenie: Wszyscy kiedyś trzeźwieją, ale niektórym udaje się to za życia! Widzimy tak wiele rodzin w trudnym położeniu. Mimo że sytuacja stale się pogarsza ludzie zwlekają z wyjściem po pomoc. Cierpią niewinni, zwłaszcza dzieci. Wystarczy chwila spokoju i już mają nadzieję, że będzie dobrze. Dlaczego tak się dzieje?

Ks.: Przyzwyczajają się. Nawet nie wyobrażają sobie, że można żyć inaczej. Najważniejsze i najtrudniejsze zarazem jest przyznanie się przed sobą i drugim człowiekiem do tego, że ja sam nie radzę sobie ze swoim życiem. To jest dopiero uznanie własnej bezsilności. Łączy się z tym ogromny wstyd, poczucie winy. Ludziom wydaje się, że są winni tego, co ich spotyka, że nie zasługują na nic lepszego, że to „kara boska”. Towarzyszy temu, często wyniesione z domu rodzinnego, poczucie niskiej wartości, kompleksy. Jest to typowa cecha osób współuzależnionych, żon, matek, dzieci. Trzeba jednak zawsze szukać pomocy! Próbować wyjść z zaklętego kręgu! Naprawdę można z tego wyjść! Nie ma takiego życiowego bagna, z którego nie można by wyjść. Jestem o tym przekonany w 100%, choć czeka ich ciężka praca! Ludzie, którym się to udało, a jest ich trochę, są tego dla mnie najlepszym potwierdzeniem!

A.: Wróćmy do Kroku Pierwszego. Bezsilność oznacza porażkę, poddanie się? W pierwszym odruchu to budzi sprzeciw. Wydaje się nam, że wciąż coś sami możemy…

Ks.: Przyznanie się do bezsilności to przede wszystkim wyjście z roli Pana Boga do roli człowieka. Przyznanie, że jestem słaby i potrzebuję pomocy innych i jednocześnie zaakceptowanie, przyjęcie mojego rozpaczliwego stanu psychicznego, duchowego, fizycznego, w jakim się znalazłem.

Dobrym przykładem dla nas jest sam Pan Jezus, który też przyjął pomoc Szymona z Cyreny, Weroniki. Jezus uczy nas przyjmowania pomocy. Nie bój się iść po pomoc! To nie słabość, ale odwaga. Choć na pewno bardzo dużo kosztuje, to wiemy, że nie ma w życiu nic za darmo. Ten trud jest ceną mojego nawrócenia i budowania w sobie nowego życia!

A.: Czyli to, że poczuliśmy się bezsilni i poszliśmy po pomoc np. do księdza, nie znaczy, że teraz naprawdę zaczniemy żyć lepiej?

Ks.: To dopiero początek drogi i jeszcze nie wiadomo, co z tego będzie! W Ewangelii Pan Jezus też pyta swoich uczniów: „Czy chcesz pójść za mną?” (Mk 1,17). Pytanie to jest ciągle otwarte i aktualne. Dopóki żyjemy, jesteśmy w drodze. Iluzja, zaprzeczanie grozi nam zawsze. Możemy w każdej chwili powiedzieć: już nie jest tak źle. I zawsze jakoś to sobie można wytłumaczyć: „Kim jestem, że nie potrafię samemu?”. Oczywiście, znowu „ja siama”, aż zaboli i do następnego razu.

A wtedy ktoś dzwoni do mnie i mówi: Proszę księdza potrzebuję pomocy, rozmowy. Wiem, gdzie ksiądz mieszka, sześć lat temu dzwoniłam i rozmawiałam z księdzem, pomogło, czułam się lepiej! Czy można powiedzieć, że to jest sześć lat straconych?

A.: Czym różni się pijak od alkoholika? Kiedy mówimy „alkoholik” wyobrażamy sobie zazwyczaj brudnego pijanego człowieka leżącego w rowie, na dworcu, w parku, na klatce schodowej itp.

Ks.: Pijak pije, bo lubi, ale może nie pić, alkoholik pije, żeby żyć – nie może nie pić.

Wyobrażenie, jakie zazwyczaj mamy o alkoholiku, to stereotyp. Alkoholizm to problem powszechny. Jest to choroba duszy, choroba zakłamania. Dotyka ludzi ze wszystkich grup społecznych. Spotkałem wielu, pomogłem tym, którzy chcieli przyjąć pomoc. Było ich wielu: bogatych i biednych, robotników i wykładowców wyższych uczelni, parlamentarzystów, polityków, prawników, dziennikarzy, nauczycieli, lekarzy, artystów, sportowców. Ta choroba nie omija też osób duchownych, księży i sióstr zakonnych.

A.: Widać, że jest uniwersalna do bólu…

następnie niszczy wszystko, co kochał, co ma wartość: zdrowie, rodzinę, pracę, więzi z ludźmi. W końcu dochodzi do całkowitej degradacji psychicznej, duchowej, religijnej. Dopiero na końcu, w ostatnim stadium, następuje wyniszczenie fizyczne prowadzące do śmierci. Kochanka wódka zabija powoli i systematycznie

Ks.: Tak, może dotyczyć każdego. Choroba rozwija się podstępnie przez wiele lat. Niszczy człowieka stopniowo, a ten, niszczy wszystko i nie dzieli się z nikim!

A.: Smutna konkluzja: „jeńców nie bierze…”. Od roku 1956 alkoholizm znajduje na liście chorób WHO. Gdyby to była jakaś inna, „zwykła” choroba, natychmiast szukalibyśmy specjalistów, leków itp. W tym przypadku zaprzeczamy lub ignorujemy ten fakt. Przez długi czas próbujemy poradzić sobie sami. Dopóki jest praca, rodzina, pieniądze jeszcze nie czujemy się zagrożeni?

Ks.: Istotą tej choroby jest zaprzeczanie oczywistym faktom. Tworzenie całego systemu iluzji i zaprzeczeń oraz manipulowanie rodziną i najbliższym otoczeniem. System ten stanowi jakby warowny mur, nie do przejścia z zewnątrz. Pozycja społeczna alkoholika nie ma tu żadnego znaczenia. Bogatsi i wyżej wykształceni są nawet bardziej zagrożeni. Żyją, myśląc, że ich to nie dotyczy, nigdy ich nie dotknie. Mają pieniądze. Stać ich na lepsze trunki, na tych, którzy po nich posprzątają; nie są jak ci „pijacy”. Ale to jest wszystko do czasu. Nawet często dowartościowują się, spotykając biedniejszych uzależnionych np. w parku, stawiają im alkohol, często piją z nimi. W ten sposób udowodnią sobie, że nie są jeszcze tacy najgorsi, a nawet, że są trochę lepsi. Mogą grać „panisko”, zyskać wdzięczność kogoś, komu „uratowali życie”. Potrafią być wrażliwi, współczuć, być uczciwymi wobec tych, z którymi piją. To taka nagroda, wyrównanie emocjonalnych braków, uczuć, których, być może, nie otrzymali od rodziców. I znowu dobrze jest zagrać rolę Boga, fajnie się poczuć…

A.: Jeśli wiadomo, jakie straszne są skutki osobiste i społeczne, dlaczego picie alkoholu jest wciąż tak bardzo reklamowane, popularyzowane, traktowane dowcipnie, z przymrużeniem oka?

Ks.: To jest z jednej strony wielowiekowa tradycja od czasów saskich: „jedz, pij i popuszczaj pasa”, a także wielki biznes. Duże, bardzo duże pieniądze! Alkohol szybko zmienia zły nastrój. Dlatego jest taki popularny. Młodzi ludzie szybciej się uzależniają. Im wcześniej zaczną pić ryzykownie, tym większa szansa, że pozostaną „dozgonnie wierni”. Przy tym lubią ryzyko, chcą być wolni, chcą się bawić, „poczuć” życie. I za wszelką cenę nie chcą odstawać, uchodzić za oszołoma czy odmieńca. Bezkrytycznie przyjmują alkoholowe wzorce zabawy i wypoczynku promowane przez media (mecze, koncerty, piwo na stadionach, nawet na parafialnych festynach), a potem już nie chcą i nie potrafią inaczej. My jako społeczeństwo płacimy za to więcej, niż wynoszą wpływy z tzw. kapslowego. Naszym zadaniem w pracy duszpasterskiej jest kształtowanie postaw, postaw w rodzinie trzeźwych i społeczeństwie. Musimy uruchomić rozum, który otrzymaliśmy od Boga i nauczyć się dobrze wybierać w życiu! Warto byłoby wziąć przykład z mądrości innych, np. w USA mówi się, że warto dzisiaj wydać jednego dolara na profilaktykę niż za jakiś czas sto dolarów na leczenie skutków choroby alkoholowej.

Przewiń do góry